trochę mi smutno. Po dwóch spokojnych latach padłam ofiarą. Ukradziono mi plecak z kawałkiem życia. Strojem na basen, klasówkami uczniów, dyskiem przenośnym. Na dysku zdjęcia.
I parę innych rzeczy, o których nie chce mi się już pisać. A przede wszystkim paszport ze świeżo wklejoną wizą.
Pielgrzymuję po urzędach odtwarzając dokumenty. Urzędy jak urzędy. Nieprzyjazne.
Na szczęście ambasada gościnna i pachnąca świątecznym bigosem, gotowanym na spotkanie polonijne. Chwała polskim konsulom, już kolejny raz doświadczam ich życzliwości. Paszport tymczasowy dostałam w ekspresowym tempie, przy okazji ucinając sobie pogawędkę z konsulem na różne tematy - od wycieczek górskich po sytuację Polaka, odsiadującego wyrok w bogotańskim więzieniu.
Mimo braku umów o ekstradycji, wynalazł furtkę, żeby wycieńczonego narkotykami chłopaka wysłać do Polski. Może tam będzie miał szansę wyrwania się z zaklętego kręgu ćpania i kradzieży. Formalności w toku, trzymam kciuki, a przed konsulem chylę czoła za jego zaangażowanie. Podniosło mnie to na duchu.
Choć całkiem wesoło nie jest. Kolumbijczycy ze zrozumieniem kiwają głowami. Każdy, albo przynajmniej ktoś z jego bliskich, przynajmniej raz padł ofiarą kradzieży. Więc trochę bardziej jestem jedną z nich. I przez głowę przechodzi mi myśl: na te święta nikomu nie pomogę, choć chciałam. Po prostu odtwarzanie dokumentów kosztuje dużo. No i tak to.
Ale do więzienia się wybiorę. Trzeba wrócić do rzeczywistości. Bogota to nie tylko eleganckie dzielnice i uniwersytety dla zamożnych ludzi.
Więźniowie wciąż są zaskakująco obecni nadal w moim życiu, mimo, że już nie pracuję dla fundacji. W zeszłym tygodniu były urodziny jednego z nich i miła impreza, na której dowiedziałam się o tzw. polskim (ale właściwie to żydowskim) cmentarzu w Bogocie, i o obozie koncentracyjnym dla imigrantów niemieckich, jaki istniał pod Bogotą w czasie drugiej wojny światowej. Domniemane wspieranie państw Osi przez przedsiębiorstwa prowadzone przez Niemców stało się pretekstem do ich internowania i przejęcia majątku. Tym zaś, którym po wojnie majątki oddano, wystawiono rachunki za pobyt w obozie.
Impreza była bardzo fajna, z pysznym jedzeniem. Solenizant w rekordowym czasie zawarł ciekawe znajomości, między innymi z artystkami Karen Aune i Adrianą Marmorek. Będę je śledzić. I czekam na książkę Jima. W końcu wyniosłam kiedyś dla niego 10 kg notatek z więzienia. Nawiasem mówiąc, taszczona przeze mnie torba pełna zapisanych zeszytów nie zainteresowała żadnego ze strażników.
Byłam też na weselu Słowaka, o którym już pisałam kiedyś. Po wielu miesiącach oczekiwania na dokumenty wreszcie pojął za żonę swoją Lindę. Ślub był iście kolumbijski. Zniecierpliwiony ksiądz zaczął odprawiać mszę bez panny młodej. Mimo 35-minutowego spóźnienia wkroczyła wreszcie do kościoła bardzo dostojnym krokiem. Łzy wzruszenia w oczach pana młodego - bezcenne. Podobnie bezcenny jego toast, zainspirowany kazaniem: "teraz już nie jesteśmy dwojgiem, jesteśmy jednym. A właściwie jest nas troje". Po 10 minutach wyjaśnił: "mówiąc o tym, że jest nas troje, mam na myśli, że jest z nami Bóg. Dzieci może pojawią się w przyszłym roku".
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą La Picota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą La Picota. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 6 grudnia 2015
środa, 22 kwietnia 2015
R.
muszę opisać tę historię.
R., Słowak zwany Czechem, którego poznałam w więzieniu La Picota, wyszedł na wolność.
Wyszedł na wolność po odwyku, nawrócony na katolicyzm, czerpiący siłę z Boga. Jak się to pisze, nie brzmi to nawet w połowie tak wiarygodnie, jak w ustach tego prawie dwumetrowego dryblasa o nadpobudliwości ruchowej, strzelającego słowami jak z karabinu. Dwa tygodnie temu spotkaliśmy się na kawie.
R. zostaje w Kolumbii. Przez 6 lat odsiadki czekała na niego Kolumbijka, śliczna, o połowę od niego niższa dziewczyna, nomen omen Linda (po hiszpańsku - Ładna). W głowie mi się nie mieści, że można 6 lat czekać na faceta, przemytnika narkotyków, nie opuszczając ani razu widzenia co dwa tygodnie ani nie zapominając o telefonie o umówionej porze. Lindę należałoby ozłocić.
R. zapewnia teraz, że będzie mieszkał zawsze tam, gdzie zechce Linda, bo drugiej takiej kobiety nie znajdzie.
R. pracuje teraz w jednym z lepszych hoteli Bogoty, jako kelner w restauracji. Obsługiwał już burmistrza Nowego Jorku i ministra obrony Kolumbii. Ma ambicje zostania menadżerem restauracji, póki co zadowala się płacą minimalną, przypominając sobie, że nie można się spieszyć.
Chce żyć uczciwie, bo wierzy, że za złe czyny kiedyś spotka go kara. Malowniczo opowiada, że gdyby miał ukraść samochód, żeby jechać na wybrzeże karaibskie, to wolałby dwa tygodnie na osiołku jechać.
W ogóle gada przeokropnie dużo, nie sposób spamiętać.
W czerwcu bierze ślub, chciałby, by udzielał mu go więzienny kapelan (ale na wolności ;-)
Trzymam mocno kciuki za niego.
R., Słowak zwany Czechem, którego poznałam w więzieniu La Picota, wyszedł na wolność.
Wyszedł na wolność po odwyku, nawrócony na katolicyzm, czerpiący siłę z Boga. Jak się to pisze, nie brzmi to nawet w połowie tak wiarygodnie, jak w ustach tego prawie dwumetrowego dryblasa o nadpobudliwości ruchowej, strzelającego słowami jak z karabinu. Dwa tygodnie temu spotkaliśmy się na kawie.
R. zostaje w Kolumbii. Przez 6 lat odsiadki czekała na niego Kolumbijka, śliczna, o połowę od niego niższa dziewczyna, nomen omen Linda (po hiszpańsku - Ładna). W głowie mi się nie mieści, że można 6 lat czekać na faceta, przemytnika narkotyków, nie opuszczając ani razu widzenia co dwa tygodnie ani nie zapominając o telefonie o umówionej porze. Lindę należałoby ozłocić.
R. zapewnia teraz, że będzie mieszkał zawsze tam, gdzie zechce Linda, bo drugiej takiej kobiety nie znajdzie.
R. pracuje teraz w jednym z lepszych hoteli Bogoty, jako kelner w restauracji. Obsługiwał już burmistrza Nowego Jorku i ministra obrony Kolumbii. Ma ambicje zostania menadżerem restauracji, póki co zadowala się płacą minimalną, przypominając sobie, że nie można się spieszyć.
Chce żyć uczciwie, bo wierzy, że za złe czyny kiedyś spotka go kara. Malowniczo opowiada, że gdyby miał ukraść samochód, żeby jechać na wybrzeże karaibskie, to wolałby dwa tygodnie na osiołku jechać.
W ogóle gada przeokropnie dużo, nie sposób spamiętać.
W czerwcu bierze ślub, chciałby, by udzielał mu go więzienny kapelan (ale na wolności ;-)
Trzymam mocno kciuki za niego.
piątek, 6 marca 2015
Fundacja
Z fundacją chwilowo nie współpracuję, pewnie wrócę, jak wymyślę coś fajnego, co chciałabym robić z dzieciakami z Instytutu dla Dzieci Niewidomych. Widzieliśmy się z dzieciakami we wtorek, super było je spotkać, wyściskać Carlitosa i Yimmy'ego. W Instytucie spore zmiany, sporo niewiadomych co do przyszłości, ale koordynatorką jest Anyela, fajna babka, więc jest nadzieja.
Byłam poza tym z Hannah, jedną z dwóch nowych koordynatorek, w więzieniu. Bardzo chciałam spotkać się z chłopakami, to śmieszne, ale niektórych po prostu bardzo polubiłam.
Na miejscu okazało się, że Słowak zwany Czechem jest już na wolności, co z jednej strony bardzo mnie ucieszyło, z drugiej jednak w jakiś sposób naznaczyło ton wizyty. Widać, że chłopaki trochę za nim tęsknią, na swój hiperaktywny sposób wnosił masę energii. Wyszedł też James, Amerykanin, i jakoś trochę nostalgicznie było.
Ale pogadałam jak zwykle z Bernardem, Chorwatem, i Agostinem z Madrytu. Agostin spodziewa się wyjść na wolność już w sierpniu. Mam nadzieję zobaczyć się z nim wtedy. Agostin jest jednym z tych, którzy trzymają się z dala od szemranych więziennych układów (nie ma facebooka, nie pali trawy, nie zażywa narkotyków). Bo oprócz dostępu do narkotyków niektórzy więźniowe mają telefony i to nawet z dostępem do internetu i prowadzą wirtualne życie!
Agostin jest w więzieniu już 7 lat, nigdy nie miał w rękach tabletu i ma tremę przed wolnością, a jednocześnie widać, że nie może się już doczekać opuszczenia więzienia.
Nie chciał mi za wiele opowiadać o tym, jak się tam znalazł - zrozumiałam tyle, że wdał się w znajomość z ludźmi, z którymi nie powinien, i został wplątany w przemyt narkotyków. Nie zeznawał przeciwko nim w obawie o swoje bezpieczeństwo, i do tej pory nie lubi o tych ludziach mówić.
To zabawne, że więzienie jest takim miejscem, w którym mogę porozmawiać o rzeczach, które w jakiś sposób są mi bliskie, bo zazwyczaj rozmawiam z Europejczykami. Z Włochem porozmawialiśmy o Włoszech, o miejscach, które lubię.
Z więźniami - Europejczykami mamy podobną wizję Kolumbii, zaskakują nas podobne sprawy, i w głowach nam się nie mieści skala przemocy na ulicach Bogoty. Więźniowie znają ją głównie z opowiadań współwięźniów i z telewizji, ja - z opowiadań innych Kolumbijczyków i z incydentów z udziałem wolontariuszy. Pytają o rady, jak się zachowywać, żeby nie paść ofiarą przemocy. I zgadzamy się, że absurdem jest musieć je sobie dawać. Śmieją się ze mnie, poszukującej pracy, że może spotkają mnie na ulicy Bogoty sprzedającą empanady i arepy ;-)
No i umawiamy się na spotkanie po ich wyjściu. Wyobraźnia podpowiada Bernardowi i Agostinowi spotkanie w Polsce ;-) jak to będzie, nie wiadomo, ale wiem, że to w gruncie rzeczy dobre chłopaki i życzę im jak najlepiej. Oby nie wpadli z powrotem w przemyt...
Nawiasem mówiąc, Hannah znalazła na YT filmiki pokazujące walki bokserskie w więzieniu (towarzyszą im zakłady pieniężne) i ... "dziury" umożliwiające kontakt ze światem zewnętrznym. Podobno można nimi nawet wydostać się na zewnątrz, ale tym którzy mają do nich dostęp, ucieczka się nie opłaca. Interesy robi się wewnątrz.
Byłam poza tym z Hannah, jedną z dwóch nowych koordynatorek, w więzieniu. Bardzo chciałam spotkać się z chłopakami, to śmieszne, ale niektórych po prostu bardzo polubiłam.
Na miejscu okazało się, że Słowak zwany Czechem jest już na wolności, co z jednej strony bardzo mnie ucieszyło, z drugiej jednak w jakiś sposób naznaczyło ton wizyty. Widać, że chłopaki trochę za nim tęsknią, na swój hiperaktywny sposób wnosił masę energii. Wyszedł też James, Amerykanin, i jakoś trochę nostalgicznie było.
Ale pogadałam jak zwykle z Bernardem, Chorwatem, i Agostinem z Madrytu. Agostin spodziewa się wyjść na wolność już w sierpniu. Mam nadzieję zobaczyć się z nim wtedy. Agostin jest jednym z tych, którzy trzymają się z dala od szemranych więziennych układów (nie ma facebooka, nie pali trawy, nie zażywa narkotyków). Bo oprócz dostępu do narkotyków niektórzy więźniowe mają telefony i to nawet z dostępem do internetu i prowadzą wirtualne życie!
Agostin jest w więzieniu już 7 lat, nigdy nie miał w rękach tabletu i ma tremę przed wolnością, a jednocześnie widać, że nie może się już doczekać opuszczenia więzienia.
Nie chciał mi za wiele opowiadać o tym, jak się tam znalazł - zrozumiałam tyle, że wdał się w znajomość z ludźmi, z którymi nie powinien, i został wplątany w przemyt narkotyków. Nie zeznawał przeciwko nim w obawie o swoje bezpieczeństwo, i do tej pory nie lubi o tych ludziach mówić.
To zabawne, że więzienie jest takim miejscem, w którym mogę porozmawiać o rzeczach, które w jakiś sposób są mi bliskie, bo zazwyczaj rozmawiam z Europejczykami. Z Włochem porozmawialiśmy o Włoszech, o miejscach, które lubię.
Z więźniami - Europejczykami mamy podobną wizję Kolumbii, zaskakują nas podobne sprawy, i w głowach nam się nie mieści skala przemocy na ulicach Bogoty. Więźniowie znają ją głównie z opowiadań współwięźniów i z telewizji, ja - z opowiadań innych Kolumbijczyków i z incydentów z udziałem wolontariuszy. Pytają o rady, jak się zachowywać, żeby nie paść ofiarą przemocy. I zgadzamy się, że absurdem jest musieć je sobie dawać. Śmieją się ze mnie, poszukującej pracy, że może spotkają mnie na ulicy Bogoty sprzedającą empanady i arepy ;-)
No i umawiamy się na spotkanie po ich wyjściu. Wyobraźnia podpowiada Bernardowi i Agostinowi spotkanie w Polsce ;-) jak to będzie, nie wiadomo, ale wiem, że to w gruncie rzeczy dobre chłopaki i życzę im jak najlepiej. Oby nie wpadli z powrotem w przemyt...
Nawiasem mówiąc, Hannah znalazła na YT filmiki pokazujące walki bokserskie w więzieniu (towarzyszą im zakłady pieniężne) i ... "dziury" umożliwiające kontakt ze światem zewnętrznym. Podobno można nimi nawet wydostać się na zewnątrz, ale tym którzy mają do nich dostęp, ucieczka się nie opłaca. Interesy robi się wewnątrz.
czwartek, 28 sierpnia 2014
spotkania w więzieniu
La Picota to duże więzienie dla mężczyzn. W tym roku wróciliśmy do odwiedzania tam cudzoziemców. Jeździmy tam co miesiąc, i poruszam się tam już trochę jak po swoim podwórku, a więźniowie witają mnie serdecznymi uściskami i częstują ciasteczkami.
Nietstety, A., Polak, którego poznałam w maju, za złe sprawowanie został przeniesiony do innego, gorszego patio, więc raczej nie będę miała okazji się z nim widywać. Ostatnio zresztą wpadał tylko podać mi rękę i gnał do klientów - robi tatuaże. Od momentu, kiedy się poznaliśmy, schudł mocno - wpada coraz mocniej w bazuco, czyli półprodukt w procesie uzyskiwania kokainy, mocno zanieczyszczony chemikaliami. Wydaje mi się, że bazuco bierze też Słowak, zwany Czechem, co dodatkowo zwiększa jego słowotok i rozedrganie. Przykro na to patrzeć, na szczęście jest też kilku więźniów "czystych", którzy dbają o siebie i mam nadzieję, że po wyroku nie wrócą już do przemytu. "Czech" w każdym razie bardzo lubi nasze wizyty, nazywa mnie Szefową albo Rodaczką i pomaga nam zwoływać więźniów na spotkania.
Każda wizyta w więzieniu jest inna. Myślę, że więźniowie, choć niektórzy skrępowani, trochę się jednak cieszą. Ostatnio Hiszpanie, którzy zwykle się nami nie interesują, podeszli - i byli wyraźnie wzruszeni, że mogą rozmawiać z wolontariuszką Hiszpanką, witając ją "hombre, eres de Madrid"?
W piątek poznaliśmy też zupełnie niesamowitą osobę - trzydziestoletnią siostrę Marię Jose, która codziennie przychodzi do więzienia, starając się pomagać więźniom w każdy możliwy sposób.
Siostra Maria Jose opowiadała nam o tym, jak "zakochała się" w więzieniu. Aby móc poświęcić się pracy w Pikocie, zostawiła swój zakon, przeniosła się z północy Bogoty do niezbyt dobrej dzielnicy, żeby być bliżej. Udało jej się uzyskać wszystkie pozwolenia biskupów na opuszczenie swojego zakonu, teraz przygotowuje się do złożenia ślubów prywatnych. Jest to jedyna możliwość, ponieważ żaden z zakonów kobiecych nie zajmuje się pracą z więźniami.
Siostrę Marię Jose znają prawie wszyscy, zarówno więźniowie, jak i strażnicy. Wchodzi o więzienia niemal jak do domu. Pomaga załatwić leki, doradza, jak zorganizować pierwszą komunię córki, próbuje zachęcać więźniów do pracy.
Maria Jose jest wolontariuszką, nie dostaje żadnego wynagrodzenia, ale, jak mówi, Bóg bardzo o nią dba, i przysyła jej ludzi, którzy ofiarowują jej pieniądze na wynajem czy jedzenie. "Nie miałam pieniędzy na czynsz, więc zaczęłam się modlić i mówię, Panie Jezu, ja dbam o Twoje dzieci, więc Ty zadbaj o mnie, i chwilę później zadzwoniła do mnie znajoma, pytając, czy czegoś nie potrzebuję, i razem z przyjaciółmi zebrali dla mnie pieniądze".
Kiedy mówi o swojej pracy i o więźniach, na twarzy siostry Marii Jose gości uśmiech, tego rodzaju, jaki czasami widać na twarzach zakochanych.
Za sprawą siostry uczestniczyłam w bardzo poruszającym spotkaniu. Kiedy zobaczyła, że na liście wolontariuszy mamy Chińczyków, poprosiła nas, byśmy innego dnia przyszli do zupełnie innego budynku, o podwyższonym rygorze, gdzie od trzech lat karę odbywa pan Chan, jak mówiła, jedyny Chińczyk w historii kolumbijskiego więziennictwa.
I tak we wtorek staliśmy przed panią komendant więzienia, prosząc o zgodę na odwiedziny, a potem zbieraliśmy pieczątki przy wejściu do budynku o podwyższonym rygorze bezpieczeństwa. To wielki, nowoczesny, zimny, betonowy blok, z masą krat i strażników. Więźniowie właściwie nie widzą zeń słońca, i nie mają podwórka, w przeciwieństwie do więźniów z patio 6, których odwiedzamy zazwyczaj.
Znaleźliśmy pana Chana przy pracy, na szczęście mógł się na chwilę zwolnić. Poszliśmy do pomieszczeń kulturalno - socjalnych, dzięki czemu udało nam się zobaczyć, gdzie są warsztaty, gabinety psychologów i gdzie są klasy (więźniowie mają szansę uczyć się). Pan Chan poczęstował nas kawą i ciasteczkami.
Brian, mimo, że jego językiem jest kantoński, całkiem nieźle dawał sobie radę z mandaryńskim. Pan Chan zresztą też nieźle mówił po hiszpańsku. Dzięki temu i z pomocą siostry Marii Jose poznaliśmy jego historię.
Został skazany na 38 lat za porwanie. Podobno właściwie bez dowodów, tylko na podstawie zeznań rzekomej ofiary, wspólnika biznesowego. Pan Chan ciągle jeszcze walczy, wnosi o kasację wyroku i mam nadzieję, że mu się uda. Widząc go, spokojnego, pracowitego, pełnego szacunku, trudno uwierzyć w jego winę.
Czy rzeczywiście został skazany bez dowodów, trudno mi oceniać, jedno jest pewne. Ponieważ porwania dla okupu były bardzo powszechne w Kolumbii, przestępstwo to ścigane jest ze szczególną surowością. Dodatkowo, dużym problemem jest korupcja.
Nawet, jeśli powiedzie się kasacja pana Chana, cena, jaką już zapłacił, jest ogromna. Żona i czteroletni obecnie synek nie chcą się z nim kontaktować. Pan Chan był bardzo smutny, kiedy o tym mówił.
Brian zamierza pisać do niego listy. Może uda się zdobyć dla niego książki. I czekam na następnych wolontariuszy z Chin.
Nietstety, A., Polak, którego poznałam w maju, za złe sprawowanie został przeniesiony do innego, gorszego patio, więc raczej nie będę miała okazji się z nim widywać. Ostatnio zresztą wpadał tylko podać mi rękę i gnał do klientów - robi tatuaże. Od momentu, kiedy się poznaliśmy, schudł mocno - wpada coraz mocniej w bazuco, czyli półprodukt w procesie uzyskiwania kokainy, mocno zanieczyszczony chemikaliami. Wydaje mi się, że bazuco bierze też Słowak, zwany Czechem, co dodatkowo zwiększa jego słowotok i rozedrganie. Przykro na to patrzeć, na szczęście jest też kilku więźniów "czystych", którzy dbają o siebie i mam nadzieję, że po wyroku nie wrócą już do przemytu. "Czech" w każdym razie bardzo lubi nasze wizyty, nazywa mnie Szefową albo Rodaczką i pomaga nam zwoływać więźniów na spotkania.
Każda wizyta w więzieniu jest inna. Myślę, że więźniowie, choć niektórzy skrępowani, trochę się jednak cieszą. Ostatnio Hiszpanie, którzy zwykle się nami nie interesują, podeszli - i byli wyraźnie wzruszeni, że mogą rozmawiać z wolontariuszką Hiszpanką, witając ją "hombre, eres de Madrid"?
W piątek poznaliśmy też zupełnie niesamowitą osobę - trzydziestoletnią siostrę Marię Jose, która codziennie przychodzi do więzienia, starając się pomagać więźniom w każdy możliwy sposób.
Siostra Maria Jose opowiadała nam o tym, jak "zakochała się" w więzieniu. Aby móc poświęcić się pracy w Pikocie, zostawiła swój zakon, przeniosła się z północy Bogoty do niezbyt dobrej dzielnicy, żeby być bliżej. Udało jej się uzyskać wszystkie pozwolenia biskupów na opuszczenie swojego zakonu, teraz przygotowuje się do złożenia ślubów prywatnych. Jest to jedyna możliwość, ponieważ żaden z zakonów kobiecych nie zajmuje się pracą z więźniami.
Siostrę Marię Jose znają prawie wszyscy, zarówno więźniowie, jak i strażnicy. Wchodzi o więzienia niemal jak do domu. Pomaga załatwić leki, doradza, jak zorganizować pierwszą komunię córki, próbuje zachęcać więźniów do pracy.
Maria Jose jest wolontariuszką, nie dostaje żadnego wynagrodzenia, ale, jak mówi, Bóg bardzo o nią dba, i przysyła jej ludzi, którzy ofiarowują jej pieniądze na wynajem czy jedzenie. "Nie miałam pieniędzy na czynsz, więc zaczęłam się modlić i mówię, Panie Jezu, ja dbam o Twoje dzieci, więc Ty zadbaj o mnie, i chwilę później zadzwoniła do mnie znajoma, pytając, czy czegoś nie potrzebuję, i razem z przyjaciółmi zebrali dla mnie pieniądze".
Kiedy mówi o swojej pracy i o więźniach, na twarzy siostry Marii Jose gości uśmiech, tego rodzaju, jaki czasami widać na twarzach zakochanych.
Za sprawą siostry uczestniczyłam w bardzo poruszającym spotkaniu. Kiedy zobaczyła, że na liście wolontariuszy mamy Chińczyków, poprosiła nas, byśmy innego dnia przyszli do zupełnie innego budynku, o podwyższonym rygorze, gdzie od trzech lat karę odbywa pan Chan, jak mówiła, jedyny Chińczyk w historii kolumbijskiego więziennictwa.
I tak we wtorek staliśmy przed panią komendant więzienia, prosząc o zgodę na odwiedziny, a potem zbieraliśmy pieczątki przy wejściu do budynku o podwyższonym rygorze bezpieczeństwa. To wielki, nowoczesny, zimny, betonowy blok, z masą krat i strażników. Więźniowie właściwie nie widzą zeń słońca, i nie mają podwórka, w przeciwieństwie do więźniów z patio 6, których odwiedzamy zazwyczaj.
Znaleźliśmy pana Chana przy pracy, na szczęście mógł się na chwilę zwolnić. Poszliśmy do pomieszczeń kulturalno - socjalnych, dzięki czemu udało nam się zobaczyć, gdzie są warsztaty, gabinety psychologów i gdzie są klasy (więźniowie mają szansę uczyć się). Pan Chan poczęstował nas kawą i ciasteczkami.
Brian, mimo, że jego językiem jest kantoński, całkiem nieźle dawał sobie radę z mandaryńskim. Pan Chan zresztą też nieźle mówił po hiszpańsku. Dzięki temu i z pomocą siostry Marii Jose poznaliśmy jego historię.
Został skazany na 38 lat za porwanie. Podobno właściwie bez dowodów, tylko na podstawie zeznań rzekomej ofiary, wspólnika biznesowego. Pan Chan ciągle jeszcze walczy, wnosi o kasację wyroku i mam nadzieję, że mu się uda. Widząc go, spokojnego, pracowitego, pełnego szacunku, trudno uwierzyć w jego winę.
Czy rzeczywiście został skazany bez dowodów, trudno mi oceniać, jedno jest pewne. Ponieważ porwania dla okupu były bardzo powszechne w Kolumbii, przestępstwo to ścigane jest ze szczególną surowością. Dodatkowo, dużym problemem jest korupcja.
Nawet, jeśli powiedzie się kasacja pana Chana, cena, jaką już zapłacił, jest ogromna. Żona i czteroletni obecnie synek nie chcą się z nim kontaktować. Pan Chan był bardzo smutny, kiedy o tym mówił.
Brian zamierza pisać do niego listy. Może uda się zdobyć dla niego książki. I czekam na następnych wolontariuszy z Chin.
Subskrybuj:
Posty (Atom)