Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

język

język hiszpański między innymi dlatego jest diabelnie trudny, że oferuje szaloną ilość synonimów, zwłaszcza po przemnożeniu przez liczbę krajów, w których jest używany.

Zaskakuje (to takie zaskoczenie z gatunku "wtf?") czasami precyzją, oferując słowo na zapach przepoconych stóp (pecueca) i zapach przepoconych pach (chucha). Choć może nie powinno dziwić w kraju, gdzie pasażer autobusu, zanim usiądzie, odczekuje dłuższą chwilę, aż wystygnie siedzenie po osobie, która je zwolniła. Higiena jest dla Kolumbijczyków bardzo ważna i przywiązanie do niej przyjmuje różne formy.

Ostatnio w kuchni pracowej poznałam również całą gamę określeń na prostytutkę albo kobietę lekkich obuczajów: fufurufa, casquivana, buscona. Tak producent lakierów do paznokci nazwał kilka odcieni lakierów. Dla mniej odważnych konsumentek pozostają nazwy: niegrzeczna, erotica, truteń (to słowo istnieje w wersji żeńskiej na określenie osoby leniwej). Nowa kampania reklamowa wzbudziła powszechne oburzenie, ale producent się z niej nie wycofał. Przykre, zwłaszcza w kraju jednak wciąż jeszcze dość maczystowskim, gdzie w pewnych sferach posiadanie przez mężczyzny gromadki dzieci z różnymi kobietami jest potwierdzeniem męskości (znam pana, który ma 20 dzieci z różnymi paniami).

Kolumbijczycy, naród ciężko doświadczony przez wewnętrzną przemoc, mają także szereg eufemizmów na opisanie naprawdę niefajnych zjawisk. Przykładem może być "paseo millionario", czyli "przejażdżka milionera". Jest to uprowadzenie i rajd po bankomatach w celu zmuszenia uprowadzonego do pobrania jak największej ilości gotówki, omijając limity wypłat w jednym bankomacie. Które, nawiasem mówiąc, są bardzo niskie - niezależnie od limitów posiadacza karty, nie można wypłacić jednorazowo więcej niż 500 PLN. Spokojnie, mnie się nie zdarzyło, i czasem myślę, że jest równie prawdopodobne, jak porwanie przez czarną wołgę.

Inwencja językowa ma też dobre strony. Uśmiałam się czytając w "The Bogota Post", darmowej gazetce dla cudzoziemców, spis nazw miast i miejsc w Kolumbii, używanych do opisania różnych zjawisk:
- Caqueta: zapakowana w woreczek foliowy psia kupa, pozostawiona na chodniku przez właściciela. Psa, nie kupy. Woreczki te rozwalają mnie dosłownie, a nazwa trafna: caca to kupa, paquete - paczka, po polsku byłaby to pewnie kupaczka. Jest ich dużo, oj dużo, i mam chęć wypowiedzieć im wojnę.
- Melgar (popularne miasteczko, oddalone o jakieś półtorej godziny jazdy samochodem od Bogoty, słynne z gorącego klimatu i liczby basenów przewyższającej ilość kupaczek w mojej dzielnicy. Bogotanie lubią się tam wygrzewać w weekendy). Melgar znaczy umawiać się z kilkoma osobami w różnych miejscach o tej samej porze. Samej mi się to raz przez przypadek zdarzyło, i, choć miałam przy tym trochę stresu - udało się. Kolumbijczycy nie są mistrzami świata w dotrzymywaniu zobowiązań towarzyskich.
- Girardot (podobny klimat, jak w Melgar): kierowca, który wrzuca kierunkowskaz, a skręca w przeciwną stronę, od hiszp. girar - skręcać. Typ dość powszechny i wkurzający na równi z kierowcą niewrzucającym kierunkowskazu w ogóle, co ma dla mnie duże znaczenie odkąd jeżdżę do pracy rowerem.
- Jambalo: hałas wydobywający się z sąsiadujących sklepów lub barów w celu wzajemnego zagłuszenia.

Mało poetyckie te słowa i mało romantyczne zjawiska opisują. Więc, idę arruncharme, czyli opatulić w ciepły kocyk. Arruncharse to trochę więcej, niż opatulić, to zrobić sobie miłe posłanie, może z fajnymi poduchami, może z miłym światłem. Podobnie nieprzetłumaczalne, jak niemieckie gemütlich. Zimne noce w Bogocie i nieszczelne okna bardzo temu sprzyjają, zwłaszcza, jeśli można to robić z kimś.

niedziela, 7 czerwca 2015

pocałunek węża





wiele osób kojarzy Kolumbię z produkcją narkotyków i FARC.


ale jest coś, co jest dużo cenniejsze i co niestety odeszło bezpowrotnie, pozostawiając ledwie ślady.

Mam na myśli kulturę i wiedzę Indian.

O utracie tożsamości i tradycji, o problemach wynikających z niezrozumienia między kulturami, o wyzysku Indian opowiada film "El abrazo de la serpiente" kolumbijskiego reżysera Ciro Guerra.
Film oparty został o dzienniki dwóch etnobiologów, Theodora Kocha-Grunberga i Richarda Evansa Schultesa. Badali oni dżunglę amazońską w departamencie Vaupes, w poszukiwaniu roślin leczniczych. Schultes badał również możliwości pozyskiwania kauczuku ze źródeł niezależnych od państw azjatyckich. Potrzebował go przemysł wojenny (wyprawa miała miejsce w czasie II wojny światowej). W filmie dodatkowo poszukuje fikcyjnej rośliny leczniczej, wywołującej halucynacje.

Wg wywiadu udzielonego przez reżysera dziennikowi "El Pais", ci dwaj badacze byli pierwszymi, którzy opisywali Indian jako ludzi, a nie element fauny i flory amazońskiej. Szacunek dla wiedzy szamanów pozwolił im zrozumieć nieco świat pojęć rdzennych mieszkańców dżungli, pełen szacunku dla przyrody. Szaman - przewodnik badaczy nakazuje im przestrzeganie wielu zasad, mających na celu zachowanie dżungli, bez której człowiek nie jest w stanie przeżyć. Tym samym szacunkiem dla dżungli kierowali się twórcy filmu, prosząc o opiekę jej mieszkańców. Dżungla odpłaciła im, dając sześć bezdeszczowych tygodni na zrealizowanie zdjęć.

Tego szacunku nie podzielali niestety inni śmiałkowie, eksplorujący dżunglę w celu rozwijania produkcji kauczuku na przełomie XIX i XX w. Ich szlak znaczy przemoc, niewolnictwo, eksploatacja ludzi i przyrody. Gdyby nie wynalazek syntetycznej gumy, produkowanej z ropy naftowej, liczba ich ofiar byłaby jeszcze większa.

Film pokazuje skutki tej eksploatacji, a także dramat wynikający z utraty tożsamości przez Indian. Niezrozumienie zasad nowej religii, przynoszonej przez misjonarzy kroczących w ślad za "caucheros", i opiekujących się osieroconymi dziećmi niewolników, prowadzi do spaczenia wartości i powstania w dżungli przerażającej sekty z samozwańczym Mesjaszem.

A święta roślina, którą znajduje w końcu pierwszy z eksploratorów, zamiast do celów leczniczych, uprawiana jest i wykorzystywana do odurzania się.

Film pokazuje też dramat jednego z ostatnich szamanów. Żyje on w izolacji od ostatnich członków swojego plemienia. Z jednej strony pozwala mu to na zachowanie tradycji, na kontynuowanie pieśni przodków. Z drugiej strony jednak nie ma on komu przekazać swej wiedzy. Ostatni członkowie jego plemienia wydają się kompletnie zagubieni między światem tradycyjnym a światem "białych".

Czy jest szansa na ocalenie choćby ułamka tej wiedzy? Film tego nie rozstrzyga, choć może nieco nadziei niesie scena finałowa.

Bardzo rzadko widuje się filmy tak dobrze podsumowujące ważne zjawiska. Dzięki czarno-białym zdjęciom ani przez chwilę film nie ociera się o sentymentalizm i "pocztówkowość", i jego przekaz nie ulega osłabieniu.

A mnie pozostaje marzyć, żeby ludzie starali się przede wszystkim zrozumieć siebie nawzajem. Żebyśmy mogli docenić to, co jest najwartościowszego w naszych kulturach i uczyć się od siebie nawzajem.

Nie jest to sprawa prosta.
Moi znajomi działają w fundacji, która stara się pomóc społecznościom indiańskim zachować wiedzę i obyczaje przodków. Podobnie jak u nas w związku z kulturą ludową, tak i w Kolumbii to miastowi uświadamiają Indianom, jaką wartość ma ich tożsamość. Fundacja zajmuje się również gromadzeniem wiedzy w zakresie medycyny tradycyjnej. Jednym z obszarów ich zainteresowań jest dbanie o zdrowie kobiety. Plemiona indiańskie np. miały swoje obyczaje - kobieta w czasie miesiączki nie powinna wychładzać ciała (wykluczone są m.in. kąpiele), podejmować wysiłku fizycznego, jeść pewnych potraw. Podobno nieodpowiednia dieta wpływa na obfitość krwawień. Nam nie wydaje się to łatwe do zastosowania - ale podobno kobiety indiańskie dzięki odpowiedniej dbałości o siebie nie uskarżają się na zespół napięcia przedmiesiączkowego.
Fundacja moich znajomych zastanawiała się nad udziałem w konkursie na projekt zorganizowany przez UNICEF w celu promocji odpowiedniego dbania o siebie w czasie miesiączki przez dziewczynki zamieszkujące region Choco (nad Pacyfikiem), odizolowany od reszty kraju przez pasma górskie i źle rozwiniętą infrastrukturę transportową. Choco to dla Kolumbijczyków region klasy pewnie Z. Z zaproszenia do składania propozycji wynika, że UNICEF za właściwie dbanie o miesiączkę uważa np. stosowanie podpasek (być może na reklamie skorzysta jakiś sponsor). I powstaje pytanie: po pierwsze, jak słusznie zauważyła Mon, dlaczego nie pozostawi się tego matkom? One chyba potrafią przygotować swoje córki na miesiączkę. Po drugie, czy UNICEF nie mogłoby na chwilę odrzucić zachodniocentryzmu i przynajmniej zainteresować się praktykami tradycyjnymi? może warto by się zastanowić, które z nich można by upowszechniać w świecie tzw. zachodnim?

I na zakończenie anegdota.
Pewna antropolog wenezuelska chciała dać w prezencie indiańskiej kobiecie podpaski.
Kobieta grzecznie jej podziękowała i odpowiedziała, że ma swoje metody, a podpaski wymagałyby od niej zbyt dużej zmiany. Musiałaby kupić sobie majtki, a co za tym idzie - mydło do ich prania. Obecnie tego nie potrzebuje.

I jakoś tak stanęła mi przed oczami ta góra śmieci, którą produkuję przez kilka dni co miesiąc. Mocno zastanawiam się nad nowym rozwiązaniem.

Ale co ma miesiączka wspólnego z filmem? po prostu pomyślałam sobie, że niezrozumienie międzykulturowe objawia się w różnych formach. Czasami owocuje przemocą, a czasami z dobrej woli niesiemy ludziom rozwiązania, które niekoniecznie są lepsze.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

San Juan de Dios

jeżdżąc do Instytutu dla Dzieci Niewidomych, mijałam po drodze szpital San Juan de Dios.
Opustoszały, obwieszony transparentami z hasłami protestacyjnymi. W jednym z budynków przetrwał jeszcze szpital położniczy, budynek z zewnątrz jest w opłakanym stanie. W 2002 r. część budynków ogromnego kompleksu została wpisana na listę zabytków, więc ich remont będzie poddany surowym wymogom.

Słuchałam opowieści o szpitalu, teraz czytam artykuły w internecie, i szczerze mówiąc, obraz jest mocno zagmatwany.


A chodzi o ponad czterysta pięćdziesiąt lat historii kolumbijskiej medycyny.
Obecny kompleks oddano do użytku w 1925 r., i stał się czołowym ośrodkiem badań w Kolumbii, wkrótce również szpitalem klinicznym najważniejszego kolumbijskiego uniwersytetu, Universidad Nacional.
Po uchwaleniu tzw. Ustawy 100 w 1993 r., która poprzez wprowadzenie mechanizmów rynkowych do opieki zdrowotnej, przyczyniła się do tarapatów wielu publicznych szpitali (oprócz wielu innych bolączek, jak chociażby wszechobecnej korupcji), szpital San Juan de Dios został uznany za niewypłacalny. Rozpoczęto restrukturyzację, wydzielając z niego m.in. Szpital Nowotworowy, Instytut Położnictwa i Pediatrii i Szpital Dermatologiczny. Te placówki działają nadal.
dawna stołówka

Upadły natomiast jednostki centralne, a także Instytut Immunologii, którego szef wynalazł szczepionkę na malarię albo przynajmniej sposób na zdobycie i wykorzystanie pokaźnego budżetu na badania nad nią, oraz przyczynił się do ruiny bardzo eleganckiego niegdyś budynku stołówki, nakazując zdjęcie dachu w przygotowaniu do remontu, który nigdy nie nastąpił.
Nie przetrwał także Instytut Chirurgii Plastycznej, placówka specjalizująca się w pomocy ofiarom poparzeń oraz kandydatkom na Miss Kolumbii.
Szpital zamknięto w 2012 r.

W 2012 r. burmistrz Bogoty, Gustavo Petro, ogłosił plan otworzenia na nowo szpitala, podając również do publicznej wiadomości testament bogotańskiego filantropa z 1926 r., zapisującego szpitalowi ogromne i bardzo atrakcyjne działki, zajęte obecnie częściowo przez budynki rządowe, a częściowo przez komercyjne biurowce. Czy szpital w swej historii skorzystał bezpośrednio z tego zapisu, nie wiadomo, ale pewne jest, że był współfinansowany z budżetu publicznego, więc chyba nie można tej publikacji traktować jako coś więcej, niż populizm.
okupowany budynek
Plan Petro obejmuje jednak wiele skomplikowanych prawniczych kroków, łącznie z wykupywaniem majątku szpitala przez władze Bogoty od likwidatora fundacji zarządzającej kiedyś szpitalem, która przecież też była instytucją publiczną. Aż odechciewa się wnikać.

Przed zwolennikami tego planu stoją poważne wyzwania: przede wszystkim ogrom środków, jakich będzie wymagać doprowadzenie budynków do używalności, ale również zakończenie trwającego już kilkanaście lat sporu z byłymi pracownikami. Ponieważ byli uznani za urzędników publicznych i zarabiali dobrze, część z nich nie zgodziła się na przyjęcie odpraw i do tej pory okupuje najwyższe piętro jednego z budynków. 

Póki co garstka zapaleńców przy wsparciu Instytutu Kultury Bogoty próbuje tchnąć odrobinę życia w martwe mury. Ich celem jest między innymi pokazanie, że szpital jest częścią kolumbijskiego dziedzictwa, czemu można bez zastrzeżeń przyklasnąć.
Wynikiem miesięcznej rezydencji kilku kolumbijskich artystów była wystawa, którą dzisiaj zwiedziliśmy.
Poza tym teren lądowiska helikopterów udostępniono jako boisko do piłki nożnej. W dawnym budynku kuchni powstaje przedszkole.
Co będzie dalej, zobaczymy.
450 żurawi dla chorego szpitala

część instalacji "Szpital w śpiączce"

jedna z instalacji - plan szpitala wspierający się na poduszkach
 






piątek, 10 kwietnia 2015

filozofia europejska (nie) jest uniwersalna

tak ostatnio sobie z E. rozmawiałyśmy przez fejsa o świecie. Głównie o tym, czy istnieją uniwersalne wartości i czy kultury mają je sobie prawo narzucać.

Wpadł mi w ręce wywiad z Enrique Dusselem, profesorem z UAM w Mexico City.

Dussel krytycznie wypowiada się przede wszystkim o modernizmie, którego owocem był pośrednio kolonializm. Uznanie wyższości cywilizacyjnej Europejczyków nad mieszkańcami Ameryki Południowej uprawomocniło jej podbój, przy czym zdaniem Dussela mieszkańcy Starego Świata zbyt łatwo zapominają, jak wiele zawdzięczają technologicznie Arabom i Chińczykom.
Krytycznie wypowiada się również o postmodernizmie, który uważa za rezultat modernizmu, nie dający wystarczających rozwiązań dla poprawy kondycji świata, zwłaszcza, że wyrósł on w realiach europejskich, które trudno zaprowadzić na świecie z uwagi na brak wystarczających zasobów.

Co zatem proponuje? transmodernizm, będący nową formacją myślową, społeczną, filozoficzną, oparty na dorobku różnych kultur, postkapitalizmie rozumianym jako porzucenie kryteriów rezultatów na rzecz jakości życia i ekologii.

Jego zdaniem za wcześnie formułować postulaty, teoria jego zdaniem podąża za praktyką, warto natomiast zwrócić się do plemion indiańskich, jak np. w Boliwii, które żyją kryteriami pozamodernistycznymi, w bliskości do i w poszanowaniu natury.

Tego rodzaju myślenie nieobce to jest oczywiście Europejczykom.
Wypowiedziane przez Argentyńczyka nabiera nowego znaczenia, z uwagi na inny kontekst. Europejczycy dość łatwo patrzą z wyższością na inne kontynenty, chlubiąc się cywilizacją, którą stworzyli i stosując swoje kategorie do sytuacji w innych krajach. I nie ma w tym niczego złego, bo mamy prawo posługiwać się kategoriami, w które wierzymy. Jednak może to również doprowadzić do zgrzytów i frustracji wynikających z niezrozumienia. Przeżywam to niemal codziennie na własnej skórze. 

Na szczęście głos Ameryki Południowej słychać coraz donośniej, również za sprawą papieża Franciszka.

I oby coraz więcej słychać było single stories, takich, jak ta.



czwartek, 9 kwietnia 2015

Bogotazo

"Popatrz, to wygląda jak z II wojny światowej", powiedział mój kolumbijski kolega z pracy, nauczyciel niemieckiego.


Czemu tak? nie spytałam, może myślał, że w ten sposób bardziej przemówi do mnie, cudzoziemki?
A może wynika to trochę z europocentrycznej perspektywy narzuconej częściowo światu (czytam właśnie i próbuję zrozumieć wywody pewnego meksykańskiego filozofa nt. europocentryzmu, mogę być więc wyczulona).

Ale o co chodzi?
Jutro, 9 kwietnia, Bogota obchodzi kolejny dzień na rzecz pokoju. Z konferencjami, spektaklami, koncertami.

9 kwietnia 1948 na jednej z centralnych ulic Bogoty zastrzelony został Jorge Eliecer Gaitan, charyzmatyczny kandydat na prezydenta Kolumbii, typowany na zwycięzcę.
Morderstwo wywołało zamieszki na ulicach Bogoty, zwane Bogotazo. Przychylna Gaitanowi rozgłośnia radiowa wzywała ludność do walki, podając instrukcje wykonania koktajli Mołotowa.
Ludu jednak nie trzeba było zagrzewać. Masy gromadzące się na miejscu zbrodni zaczęły podpalać tramwaje i zbroić się plądrując sklepy żelazne. Opanowano również jedną z komend policji, kradnąc broń.
W wyniku zamieszek spalono ok. 100 domów w centrum Bogoty, wiele uległo poważnym zniszczeniom. Do dziś wśród kolonialnych domków na starówce widać zupełnie niepasujące budynki z lat 50. i 60., pomniki czasu.

Ofiarą samosądu padł domniemany zabjca, Juan Roa Sierra. Jego nagie i okaleczone ciało znaleziono na jednej z ulic. Czy był on rzeczywiście zamachowcą nie wiadomo. Wiadomo, że pochodził z rodziny, w której częste były choroby psychiczne, a do kancelarii adwokackiej Gaitana przychodził czasem prosząc o pracę, przez samego Gaitana nigdy jednak nie został przyjęty.

Zamach na Gaitana uznaje się za początek tzw. okresu przemocy. Polaryzacja między konserwatystami i liberałami doprowadziła do nasilenia się agresji. Z anegdotek - dziadek znajomego, liberał, wyprowadził się ze swojej wioski opanowanej przez konserwatystów w obawie o własną skórę. Na poważniej - doprowadziło to do formowania się oddziałów zbrojnych zwolenników tych partii. Uważa się, że konsekwencją okresu przemocy jest również powstanie komunistycznych bojówek - guerillas, do tej pory nękających kraj. (właśnie trwają po raz kolejny rozmowy pokojowe, trzymam kciuki).


A to zdjęcie jednego z najbardziej znanych kolumbijskich fotografów, Sady'ego Gonzaleza. Maczety i alkohol. Bogotazo.

poniedziałek, 30 marca 2015

Wielki Tydzień

Idzie Wielki Tydzień, Bogota się wyludnia. Ja pracuję jeszcze do środy, potem mam wolne :-) mam nadzieję wykorzystać łupiny cebuli oskubane w supermarkecie i zrobić pisanki, po raz pierwszy od nie wiem ilu lat ;-)

Kolumbijczycy pakują walizki albo przygotowują się na rekolekcje. Gazety ostrzegają, żeby dokładnie sprawdzać, czy lekarze są odpowiednio przygotowani do wykonywania operacji plastycznych. Podobno wiele osób wykorzystuje dni wolne na upiększenie sobie tego i owego. Będę po świętach wypatrywać plastrów na nosach.

Poza zabiegami, rekolekcjami i wyjazdami do rodziny, no i może procesjami wielkopiątkowymi Kolumbijczycy raczej ciekawych tradycji nie mają.

Więc raczej będzie to fajny czas odpoczynku, co mi się przyda. Wczoraj usnęłam na prezentacji fundacji znajomych. Śniła mi się Polska, niestety krótko. Podobno chrapałam, więc mnie obudzono.

Fundacja robi wiele fajnych rzeczy, teraz są w trakcie szkolenia Indian z regionu Vaupes na temat przysługujących im prawnie środków ochrony swoich ziem i tradycji. Indianie mają konstytucyjnie zagwarantowaną pewną autonomię, pozwalającą im np. na własne sądownictwo. Muszą tylko zadbać o uznanie swojego plemienia przez Republikę Kolumbii.

Niektóre z plemion są bardzo świadome wartości dziedzictwa niematerialnego, inne od mieszczuchów dowiadują się, że tańce i obyczaje przodków warto chronić. I dobrze, niech się tak dzieje, póki jest czas.

poniedziałek, 16 marca 2015

sto tysięcy pesos

czasami czytam darmowe gazetki w kawiarniach.
ostatnio wpadła mi w ręce analiza zasadności wprowadzenia banknotu o nominale 100 tys. pesos.
Ma to mniej więcej wartość 150 złotych.
Obecnie używane są banknoty o nominale 50 tys. pesos.

Niby nic, ale ja czasami wzdychałam do wyższych nominałów. Np. kiedy gotówką płaciłam czynsz za mieszkanie wynajmowane przez fundację. Zapłacenie 1 mln 800 tys. banknotami 50 tys. było dość zabawne.

Ale najciekawsze były argumenty przytoczone przez autora.

Przeciw: że należy zniechęcać ludzi do obracania gotówką, żeby eliminować szarą strefę i poprawić bezpieczeństwo transakcji. Wiadomo, jak ktoś by mnie okradł na ulicy z czynszem w kieszeni, to by zabolało, a kradzieży boją się wszyscy.

Za:
- że przecież i tak każdy obywatel, który ma do przetransportowania większą kwotę gotówki, może poprosić o asystę policjanta. Bezpłatnie. 
- że plik pieniędzy w większym nominale będzie łatwiejszy do ukrycia za pazuchą.


poniedziałek, 9 marca 2015

Marsz dla życia

Dzisiaj w Bogocie i kilku innych miastach odbył się marsz dla życia, organizowany przez Antanasa Mockusa, byłego burmistrza Bogoty, który wsławił się działaniami zmierzającymi do poprawy nastrojów społecznych w Bogocie. Mockus doskonale rozumiał, jak wielkim problemem jest agresja i próbował dawać ludziom narzędzia do jej rozładowywania lub kontrolowania - słynne czerwone i zielone kartki, które mogli sobie pokazywać kierowcy samochodów zamiast wdawać się w uliczne awantury.

Innym jego pomysłem było wprowadzenie tzw. godziny marchewki (marchewka jest dla Kolumbijczyków symbolem zdrowia). Przebrany za pomarańczowe warzywo, promował zakaz sprzedaży alkoholu po 1 nad ranem. Już pierwszy rok obowiązywania tego zakazu przyniósł spadek liczby zabójstw w Bogocie o połowę.

Godzina marchewki dawno odeszła już do przeszłości, zapewne pod naciskiem lobby posiadaczy barów i klubów. O zielonych i czerwonych kartkach nikt już nie pamięta.

Nie wiem, jakie było centrum Bogoty za czasów Mockusa, teraz wieczorem nie polecam samotnego spaceru po kolonialnej starówce.

Na marszu nie byłam, przedzierałam się przez paramo, ale sercem jestem po stronie Mockusa.

Bo trzeba mówić głośno o tym, że nie jest normalne, że w niektórych miejscach lepiej nie rozmawiać przez telefon albo nie nosić biżuterii (i może nawet chodzić o mały złoty pierścionek lub kolczyki), że lepiej nie zwracać na siebie uwagi strojem. Że po zapadnięciu zmroku lepiej nie chodzić na spacery. Że tak mało dzieci bawi się na placach zabaw. Że matce, która pozwala dziecku biegać po parku, co chwila ktoś zwraca uwagę, żeby pilnowała dziecka.

Wczoraj rozmawiałyśmy o tym sporo z H., nową koordynatorką fundacji, pół-Angielką i pół-Kolumbijką. Ze względu na pochodzenie bardzo ją smuci sytuacja w Kolumbii. I podobnie jak ja, czuje, że nakazy bezpieczeństwa poważnie ograniczają jej wolność.

I to jest chyba coś, o czym nie do końca myślą Kolumbijczycy. Oni po prostu tak żyją od zawsze, dostosowali się.

Mockus przypomina, że ludzie mają prawo do bezpieczeństwa, że prawo do życia jest fundamentalnym prawem człowieka. Oby dało to rezultaty.

niedziela, 12 października 2014

soy capaz

jakiś czas temu na ulicy zaczepiła nas dziewczyna sprzedająca brownies. Każde ciasteczko miało na opakowaniu wiadomość zaczynającą się od "soy capaz" - "jestem w stanie" - podążać za marzeniami, słuchać innych itp. Potem zauważyłam, że Crepes &Waffles zmieniło logo i umieściło na podkładkach pod talerze hasło "jestem w stanie szanować godność kobiety" (Crepes & Waffles to moja ulubiona sieć kawiarnio-restauracji zatrudniająca wyłącznie samotne matki). A kiedy na burcie autobusu Coomotor, którym jechałam do San Augustin, zobaczyłam "Jestem w stanie łączyć Kolumbijczyków", zaczęłam się irytować. No bo o co chodzi? I zaczęłam znajdować coraz więcej tego rodzaju sloganów.

O co zatem chodzi?
8 sierpnia, podczas Tygodnia Pokoju, ponad 120 dużych kolumbijskich firm rozpoczęło kampanię PR, która ma na celu wspieranie tzw. procesu pokojowego. Głównym celem "soy capaz" jest przesłanie wiadomości, że możliwe jest osiągnięcie pojednania między różnymi stronami trwającego już kilkadziesiąt lat konfliktu zbrojnego w Kolumbii.

Czy słowa mogą coś zmienić, nie wiem. Na pewno dołączenie się do kampanii przez korporacje typu Coca Cola ma znaczenie wizerunkowe dla nich samych.

W każdym razie cieszę się, że dzienniki kolumbijskie wyszukują przy tej okazji pozytywne wiadomości. Miło czytać o restauratorze z Medellin, który zatrudnił żołnierza - inwalidę i zdemobilizowanych guerilleros. czy też historię kobiety, która zatrudniła w swojej firmie mężczyznę, który był współsprawcą jej porwania. Właśnie takie małe kroki mogą pomóc zmienić kraj, czego bardzo chcą Kolumbijczycy.

Być może właśnie na poziomie jednostki trzeba zaczynać wszelkie procesy pojednania. Przypomina mi się tzw. polityka grubej kreski premiera Mazowieckiego. Zadekretowania odgórnie, nie spotkała się z powszechnym zrozumieniem.

Przy okazji też dotarło do mnie wyraźnie, jak niebezpieczny jest zawód kierowcy. Na facebooku firmy Coomotor w zwiazku z kampanią znalazłam informacje o problemach, jakie wciąż jeszcze mają kierowcy autobusów publicznych z FARC. Nie dawniej niż 14 sierpnia w regionie Huila guerilleros FARC spalili autobus.

sobota, 6 września 2014

ministra, Stiven i Edyta

Ostatnio zaskoczyła wszystkich, łącznie ze mną, nowina na temat związku między ministrą Edukacji i ministrą Handlu. Celowo używam słowa "ministra", bo tak właśnie piszą kolumbijskie gazety - "la ministra", a nie "el ministro". Opinia publiczna chyba nie może się zdecydować, co jest większą kontrowersją - czy orientacja seksualna, czy może zajmowanie wysokich stanowisk politycznych przez osoby będące w związku.

Ale i tak bardziej interesują mnie niziny systemu oświaty. Cieszę się takimi dniami, jak dzisiaj w Floridzie. Stiven, który do tej pory wrzeszczał do mnie, żebym na niego nie patrzyła, od wtorku dość nieelegancko przywołuje mnie machnięciem ręki i okrzykiem "profe Edita", żeby mu pomagać w zadaniach. Jest bystry, i być może dałby radę sam, ale tak jak wiele dzieciaków z Floridy, walczy o odrobinę uwagi. Być może ma to związek z tym, że dzieciaki dorastają tam szybko - sześcioletnia Laura przyszła do szkoły z opuchniętymi od płaczu oczami. Dostała lanie od mamy za to, że przyniosła ze sklepu brzydką fasolkę szparagową. Nic więc w tym dziwnego, że od wolontariuszy próbują dostać trochę tego, czego nie mają w domu.

Tata Sivena.Umięśniony.
Dzisiaj siedziałam więc ze Stivenem nad zadaniem matematycznym. Kiedy zostawiłam go, żeby pomóc innemu dziecku, urządził scenę nie z tej ziemi. Krzyki, walenie pięściami w pulpit i we własną głowę, próba duszenia się za pomocą troczka od kaptura bluzy, łzy, nazywanie mnie złą nauczycielką, szarpanie za ubranie i tak dalej. Bardzo byłam zadowolona, że mnie nie uderzył, zdarza mu się to wobec innych dzieci. Wytłumaczyłam mu, że nie mogę pracować tylko z nim, i że poczekam, aż się uspokoi, wtedy wrócimy do zadania. Poprosiłam inne dzieci, żeby nie zwracały na niego uwagi, tłumacząc im, co się stało. Uspokajanie się zajęło trochę czasu, ale się udało i potem było już super, Stiven zaczął się jeszcze bardziej starać. I nawet się dzisiaj do mnie uśmiechnął. Przez chwilę było w nim nawet widać dziecko, zwykle jego wielkie oczy są bardzo poważne.

I właśnie takie momenty lubię, kiedy udaje się nawiązać nić porozumienia z opornym dzieciakiem. Mimo, że wątła, to dla mnie stanowi sedno pracy z dziećmi. Bez relacji nie ma edukacji.
Bardzo lubię te dzieciaki, fajnie je poznawać. I Mark, genialny wolontariusz, anglikański ksiądz z Wielkiej Brytanii, ma rację mówiąc, że jestem egoistką. Nie wiem, jak korzystają na mojej obecności dzieci, ale ja mam z bycia z nimi dużo frajdy.

Takimi wiekowymi dżipami dojeżdżamy do Floridy
"moje" dzieciaki z Floridy

Wczoraj spotkałam się z moim sobowtórem. A. znalazł na facebooku profil Polki, która ma takie samo imię i nazwisko, jak ja, studiowała w Lublinie i mieszka w Bogocie! i w dodatku tak jak ja przyjechała tu w listopadzie. Tak, jak ja, mówi, że coś się zdarzyło przed wyjazdem z Polski :-) A. zawsze poprawia mnie, że
raczej przed przyjazdem do Kolumbii, ale nic nie poradzę, taką mam perspektywę ;-)

Edyta2 jest dużo młodsza ode mnie, wzięła dziekankę na iberystyce, żeby przyjechać do obecnie już męża, supersympatycznego Kolumbijczyka. Już za dwa tygodnie wracają do Polski, Edyta będzie kończyć studia, a jej mąż przygotowywać się do egzaminu na specjalizację lekarską w Hiszpanii. A ja nie mogę odżałować, że tak późno się spotkałyśmy. Edyta miała tutaj trochę wolnego czasu. Po jej opowieści o dwumiesięcznym zatrudnieniu w szkole w Kennedy, jednej z biedniejszych dzielnic Bogoty, wiem, że byłaby genialna w naszych projektach: "kiedy weszłam do klasy, dzieciaki biły się, tarzały po podłodze. Nikt mnie nie uprzedził, że będę miała w grupie dzieci autystyczne i opóźnione w rozwoju. Płakałam po powrocie do domu". Ale się nie poddała :-) Polki to naprawdę fajne dziewczyny.

Przy okazji, wymieniłyśmy z Edytą uwagi na temat dyscypliny (czyt. jej braku) w kolumbijskich szkołach.
Dzieciaki często zachowują się skandalicznie, i nikt nie wyciąga z tego konsekwencji. Fakt ze szkoły, w której pracowała Edyta: osiemnastoletni uczeń zranił nożem młodszego kolegę, nadciął mu nadgarstek. Kara? trzydniowe zawieszenie.

J. jej mąż, zna już Polskę. Najciekawsze spostrzeżenie: nie baw się śniegiem w parku. Nie wiadomo, jakie skrywa niespodzianki ;-)

Z nowin domowych, jutro mamy dezynsekcję. Podobno atakują nas jakieś roztocza. Ostatnio dni zaczynamy od wymiany informacji, komu przybyło i ile ukąszeń. Wrócę do Polski przebogata w doświadczenie.

Poza tym pochwalę się. Ostatnio dostaję prezenty od wolontariuszy. Genialną koszulkę z cytatem z Mandeli od Almu, magnes z Portugalii od Pauli, czekoladki od Sharlene czy śmieszny chiński kapturek na butelkę od Yijing. Bardzo to miłe, że w jakiś sposób jestem doceniana.
Poza tym rozmawiałam na facebooku z jedynym na świecie Zlatko. Będzie brał udział w jakimś szwedzkim talent show, nie mogę się doczekać :-) Czekam na powrót Rachel, Diany, nie wiem, czy dotrwam do przyjazdu Elizabeth, która wraca na Boże Narodzenie, ma już bilet.
I odpoczywam.
Jest dobrze.

czwartek, 21 sierpnia 2014

urlopy

wczoraj wgryzałam się w zasady przyznawania urlopu w Kolumbii. Rosa, która nam gotuje i sprząta niestrudzenie od półtora roku, zasłużyła na odpoczynek i przygotowywałam dokumenty.

A więc, uwaga: tydzień pracy w Kolumbii to 48 godzin, pracownikowi przysługuje 15 dni urlopu rocznie.
U nas, wiadomo, a jeszcze Unia Europejska planuje wydłużenie urlopów do 35 dni w krajach, gdzie wiek emerytalny wynosi 67 lat. No...

To oficjalnie, nieoficjalnie myślę, że pracuje się jeszcze więcej. Popytam.
Moja dyspozycyjność 24/7 na pewno mniej tutaj szokuje, niż w Polsce.

Dzięki ci, rządzie Kolumbii, za 20 dni ustawowo wolnych od pracy rocznie (w Polsce - 13). Mnie to nie do końca dotyczy, ale wiele osób na tym korzysta. Przy okazji, płaca minimalna w Kolumbii to w przeliczeniu 305 dolarów (w Polsce: 369)



Tymczasem, jeśli nie spadnie kometa ani nie nastąpi inna katastrofa, pod koniec września dostanę tydzień wolnego. Już knuję i zacieram ręce :-)


piątek, 18 lipca 2014

parkowanie tyłem

Jeden z małych szczegółów: w Bogocie wszyscy parkują tyłem na parkingach publicznych.
Dlaczego? Bo dzięki temu łatwiej jest wyjechać w razie ewakuacji.

Poza tym standardowo sprawdzane są bagażniki samochodów, szczególnie parkujących na parkingach podziemnych w centrach handlowych i różnego rodzaju instytucjach użyteczności publicznej.

Co to oznacza? żywe wspomnienie po latach 90, kiedy podkładanie bomb było narzędziem walki o władzę karteli narkotykowych, przypadkowi ludzie ginęli w ulicznych strzelaninach, a pójście do centrum handlowego wiązało się z ryzykiem.


wtorek, 24 czerwca 2014

północ - południe

ten podział jest czymś, z czym trudno się oswoić.
Może dlatego, że mieszkając w Polsce nie dotykałam tych podziałów aż tak bardzo.

Bo owszem, jadąc z Warszawy w odwiedziny do babci na wsi w Polsce B, miałam poczucie, że przechodzę między rzeczywistościami. Z łazienki z kafelkami do wychodka za stodołą, żeby było bardziej obrazowo. Wioząc wujkowi "Życie Warszawy" miałam wrażenie, że wiozę je nie tylko w postaci drukowanej.

Ale tutaj, w Bogocie, trochę bardziej to widzę.

Zasadnicza linia podziału w Bogocie to północ - południe. Pracuję głównie na biednym południu, mieszkam na bogatej północy (na szczęście nie tej najbardziej północnej). Czego plusem ewidentnie jest to, że w godzinach szczytu jadę w kierunku przeciwnym do większości użytkowników komunikacji miejskiej.

Różnice są duże. W ciągu dnia mogę, drapiąc się po łydce pogryzionej przez pchły, które obskoczyły mnie w szkole, przemieścić się z zapadłej wsi bez kanalizacji i asfaltu (do tego mogę porównać Floridę) do szykownego śródmieścia z butikami Gucciego i innych takich.
Pewnie ze Stalowej na Nowy Świat jest równie daleko.

Tylko że mi się udało. Miałam stosunkowo ułatwiony dostęp do wykształcenia, i na tyle ogarniętą rodzinę, że mnie do edukacji popychała. Co może potraktowałam z lekką przesadą, ale w sumie nie żałuję, bo mam dzięki temu większe pole wyboru.

Wiele dzieci z południa tak łatwo nie ma, w wieku 8-9 lat uczą się mozolnie pisać. Jeden z najważniejszych dzienników kolumbijskich, El Espectador, pyta - gdyby zorganizowano mistrzostwa świata w edukacji, na którym miejscu byłaby Kolumbia?

Odpowiedź, na podstawie wyników badań PISA jest jednoznaczna. Kolumbia byłaby na szarym końcu.
Mimo, że współczynnik skolaryzacji w Ameryce Łacińskiej wynosi już 79%, to wciąż duża ilość dzieci z biednych rodzin przerywa edukację przedwcześnie, a różnica między czasem uczęszczania do szkoły między osobami w wysokimi i niskimi dochodami wynosi 7 lat (tu niestety nie znam dokładnych danych żeby powiedzieć, jak wyróżniono obie grupy).

I to widać. Dziesięciolatek z bogatej północy będzie płynnie mówił po angielsku, ba, będzie tłumaczem dla swojego ojca, a dziesięciolatek z Floridy będzie walczył z alfabetem.

Ale północ - południe to nie jedyna linia podziału. I dotyczy on nie tylko dostępu do edukacji.

Jest też siatka nieco gęstsza, siatka tzw. estratos, czyli sektorów Bogoty wydzielonych na podstawie poziomu zamożności mieszkańców. W zależności od estrato, podatki i opłaty za wodę są zróżnicowane. My mieszkamy w estrato 4 z 6, czyli tak pośrodku. Oglądając ogłoszenia mieszkaniowe z góry odrzucałam mieszkania zlokalizowane w estrato 5, 6 (bo za drogo) 1 i 2 (bo biednie, a z tym wiąże się poziom bezpieczeństwa).
Co w sumie nie jest niczym nadzwyczajnym, bo w Warszawie też nie w każdej dzielnicy chciałabym mieszkać. Ale tutaj czuję się dziwnie.
Estrato czasami wydaje mi się jakimś stygmatem. Takim podręcznym klasyfikatorem ludzi.

Czasami słyszę od różnych ludzi "ludzie z estrato takiego i takiego". Albo - do tych i tych klubów nie warto chodzić, bo chodżą tam nieodpowiedni ludzie. Czyt. - ludzie z estrato niższego niż ja.
Ludzie z południa zresztą też za mieszkańcami północy nie przepadają.

I dziwnie mi z tym. I przyglądam się przy okazji sobie. Bo, nie oszukujmy się, ja też klasyfikuję, tylko w oparciu o bardziej subtelne kryteria. Czyli może styl ubierania, sposób wysławiania, wykształcenie.

I tylko wewnętrzny idealizm każe mi się czasem buntować przeciwko bogotańskim podziałom. Mam szczęście, że mogę jakoś tam uczestniczyć w ich znoszeniu.
Ale nie oszukujmy się, jest mi wygodnie w mieszkaniu w estrato 4.


sobota, 21 czerwca 2014

formalności

Ulga, o której pisałam w poprzednim poście, była chwilowa.
Żeby wynająć mieszkanie, musieliśmy jeszcze przebrnąć przez szereg formalności. Poproszono nas o bardzo zaskakujące dokumenty, że wymienię chociażby zaświadczenie o nieruchomościach posiadanych przez tatę mojej szefowej. W środę oznajmiono nam, że dokumenty zostały zaakceptowane, a w czwartek okazało się, że umowy nie możemy podpisać, bo agent nalegał na klauzulę, że mieszkanie może być wykorzystywane wyłącznie przez szefową, jej męża i dzieci (których nie ma).

Ponieważ w sobotę przyjeżdżali już nowi wolontariusze, dla których miejsca nie mieliśmy, szefowa zaczęła szukać opcji zapasowych. W piątek okazało się, że możemy wynająć inne mieszkanie, ale.. poproszono nas o przedstawienie dodatkowych zaświadczeń. W związku z tym pierwszego gola reprezentacji Kolumbii na Mundialu słyszałam w Izbie Handlowej.

O piątej po południu podpisaliśmy umowę, a szefowa rozpoczęła bieganinę w poszukiwaniu niezbędnych rzeczy. Wynajęliśmy bowiem mieszkanie bez ciepłej wody, kuchenki gazowej, internetu i.... elektryczności. W poniedziałek brakowało już tylko kuchenki gazowej i internetu. A od czwartku mieszkanie funkcjonuje już całkiem sprawnie.

Pisząc o tych formalnościach, przypominają się starcia Moni i JL z urzędem ds. cudzoziemców. Jak widać, każdy kraj ma swoje dziwactwa.
Kolumbijskie standardy wynikają stąd, że umowie najmu mieszkania towarzyszy ubezpieczenie. W przypadku, gdy najemca nie płaci czynszu, agent przejmuje ten obowiązek, więc zawieraniu umowy towarzyszy badanie zdolności kredytowej najemcy.
W oparciu o zaświadczenia o majątku najemcy, jednego poręczyciela i sama nie wiem, co jeszcze.

Biorąc pod uwagę, że płacąc za karnet na basen musiałam zostawić swój odcisk palca, właściwie nie powinno mnie to dziwić.

A zdaniem A. te formalności to wyraz mentalności "nie dawać papai" ("no dar papaya") - czyli nie dawać nikomu okazji do zrobienia się w konia.

Cokolwiek by to nie było, drugie mieszkanie jest.
Uff.
Po raz drugi.
Tuż za rogiem :-) 

A ja biegając między mieszkaniami, bo ciągle okazuje się, że czegoś brakuje, skręciłam kostkę.
Przymusowe zwolnienie. Może i dobrze.


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

trawa nie zawsze jest zielona

Kiedy zaczęłam jeździć do San Cristobal, gdzie mieści się Instytut dla Dzieci Niewidomych, wychwytywałam czasem, zastanawiająco często, "zabili go", "le mataron".
Zastanawiałam się, czy mi się nie wydaje.
Ale im więcej rozmawiam z ludźmi, tym bardziej wydaje mi się, że nie.
Zastrzegam, to wszystko, o czym tu piszę, znam głównie z rozmów ze znajomymi, nie opieram się na statystykach, źródłach naukowych ani oficjalnych.

Przemoc jest dla mnie jednym z najtrudniejszych tematów w Kolumbii. Idzie w parze z biedą, biznesem narkotykowym. Jest też niestety trochę częścią kultury, w której emocje wyraża się gwałtownie, a słowa prędko przeradzają się w czyny i zakwitają na niebiesko pod okiem albo na czerwono na bruku.

Kolumbia to kraj, w którym metodą walki politycznej przez długi czas było morderstwo - od zabójstwa ministra edukacji Jorge Gaitana w 1948 r., które wg historyków rozpoczyna bardzo trudny okres w historii, walk  pomiędzy guerillas i wojskiem, porwań dla okupu, rośnięcia w siłę baronów narkotykowych i który doprowadza do stworzenia prywatnych formacji zbrojnych - paramilitares. Ofiarą zamachu padł też w 1989 r. kandydat na prezydenta Luis Carlos Galan - i to są jedynie dwa najgłośniejsze zamachy na polityków.


Stan bezpieczeństwa w Kolumbii poprawił się znacznie od lat 90, kiedy wielu Kolumbijczyków opuściło kraj w obawie przed porwaniami, i mało kto chciał się spotykać ze znajomymi w miejscach publicznych w obawie przez eksplozjami ładunków wybuchowych czy przypadkowym zaplątaniem w uliczną strzelaninę. Wosko dostało dużo pieniędzy, między innymi dzięki wsparciu Stanów Zjednoczonych, zainteresowanych zmniejszeniem przemytu kokainy. Przełożyło się to na poprawę bezpieczeństwa, wielu Kolumbijczyków wróciło.

Węzeł gordyjski interesów baronów narkotykowych, guerillas i polityków trudno jednak przeciąć, podobnie jak trudno jest wskazać granice między "złymi" a "dobrymi", bo wojsko również dopuszcza się nadużyć- co jakiś czas na ulicach Bogoty znajduję napisy o "falsos posotivos". Falsos positivos to nic innego niż osoby niesłusznie schwytane albo zabite przez żołnierzy jako członkowie guerillas czy związane z narkobiznesem, w celu poprawienia statystyk walki z przestępczością.

W biednych dzielnicach wciąż jeszcze sporo jest broni. Rząd zachęca do oddawania jej różnymi sposobami. A kilka dni temu na jednym ze wzgórz niedaleko jednej biednych dzielnic Bogoty wybuchły bomby podłożone przy jednej ze stacji energetycznych - podobno przez guerillas.




Czy jakoś to się przekłada na moje życie codzienne?
Tak i nie, bo, odpukać, nic mi się do tej pory nie stało i na co dzień nie mam z tym problemu, po prostu staram sie zachowywać rozsądnie. Przemoc polityczna i związana z narkobiznesem też mnie bezpośrednio nie dotyczy. Dużo bardziej jesteśmy zagrożeni pospolitą przestępczością, dlatego wciąż powtarzam wolontariuszom, żeby na siebie uważali, i kiedy idą w nieznane miejsce, proszę o adres. I przypominam, że są ulice, którymi nie wolno chodzić. Sama zresztą mam coraz mocniej czuję, której przecznicy nie powinnam przekraczać, a  opowieści o tym, jaka Kolumbia jest bezpieczna, nie robią na mnie wrażenia. Ileś razy się uda, raz nie. To taka tutejsza statystyka.

Ale myślę o tym kolumbijskim uwikłaniu w przemoc, kiedy widzę, jak nerwowa jest Laura, jedna z dziewczynek z fundacji, z którą pracujemy. Jej tata został zastrzelony w dość niejasnych okolicznościach.
Albo kiedy na angielskim pytam dzieci, co wydaje im się trudne, i słyszę od jednego chłopca, że trudno jest, jak w rodzinie są problemy.
Albo przed komisariatem policji, gdzie czekam na składanie zeznań z obrabowaną lekkomyślną wolontariuszką, widzę kobietę z wielkim sińcem na twarzy. Córeczka musi zostać przed komisariatem z mamą.

Zdaję sobie sprawę, że widzę dużo więcej, niż przeciętny turysta, bo taką mam pracę. I wiem, że w Polsce też bywa ciężko.

Niewesoły ten post, zbierało się to we mnie już przez jakiś czas. Przemoc to na szczęście tylko jeden z fragmentów kolumbijskiej układanki. To te elementy, który trudno do siebie dopasować, bo rysunek jest ciemny i kontury nieostre. Dobrze, że na co dzień układam inne kawałki.


piątek, 20 grudnia 2013

Novena

Wszyscy wokół mówią o Bożym Narodzeniu. Bogota pięknie oświetlona, dzieci, z którymi pracuję, mają przedstawienia i imprezy świąteczne, wciąż im ktoś daje prezenty. A ja w ogóle nie czuję, ze to już tak blisko.
Może to dlatego, że chodzę w krótkim rękawku? I jestem daleko od domu... I natłok spraw.


Kolumbijczycy tymczasem świętują nowenę. To dziewięć dni, podczas których ludzie gromadzą się przy szopce, wspólnie czytają pismo święte, modlą się, śpiewają kolędy. Szopki bożonarodzeniowe są właściwie w każdym w domu, i my też mamy maleńką glinianą, prosto z targów rękodzieła. Stoi tuż obok świecznika chanukowego, który przyszłała mama jednej wolontariuszki.

Ale wracając do noweny, opowiadano mi, że ludzie odprawiają ją nawet w supermarkecie - w co wierzę, bo sama byłam świadkiem niedzielnej mszy w sklepie jednej z największych sieci.

Wczoraj brałam udział w nowenie w ośrodku fundacji Pequenos Heroes. Oprócz mieszkańców ośrodka przyszło też kilka zaprzyjaźnionych osób, byliśmy też my, wolontariusze.
Wśród rozgardiaszu zabaw dzieci nagle zapanowało skupienie, i choć nie wszystko rozumiałam, nastrój mi się udzielił. Wśród zebranych krążyła książeczka z czytaniami, każdy po kolei czytał na głos fragment. Potem śpiewaliśmy kolędy.

To była bardzo fajna chwila wyciszenia w moim bardzo nerwowym i napiętym tygodniu.

Myślę, że dla osób wierzących taka chwila przygotowania jest bardzo cenna.
I nawet dla takich niedowiarków, jak ja, był to rzadki czas na refleksję. Moi wolontariusze zresztą czuli to samo. 

A dzisiaj nowenę odprawiano też w Instytucie dla Dzieci Niewidomych.

Religijność Kolumbijczyków i to, jak mocno wiara jest obecna w ich życiu, ciągle daje mi do myślenia. Wielokrotnie żegnano mnie słowami "que Dios te bendiga" - "niech Bóg Ci błogosławi". Ludzie, których spotkała niesprawiedliwość, często opowiadając o zmartwieniach kończą konkluzją, że na pewno krzywda zostanie kiedyś wyrównana. Nikogo nie zastanawia obecność krzyży w miejscach publicznych.

Myślę, że wiara pomaga też ludziom tutaj dzielić się.

Ale o dzieleniu się może innym razem, bo jest to duży temat.


Czytanie noweny w Instytucie dla Dzieci Niewidomych