Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Instytut dla Dzieci Niewidomych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Instytut dla Dzieci Niewidomych. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 czerwca 2015

do lasu

ciągnie wilka, a mnie do dzieciaków.
Ostatnie dwa tygodnie były super, odwiedziłam dzieciaki niewidome, dzieci z fundacji Little Heroes i Floridę. Moje trzy ulubione miejsca.

Dzieciaki niewidome jak zwykle mnie rozczuliły, bezbłędnie rozpoznając mój głos. Najbardziej wzruszył mnie Walter, który oprócz tego, że jest niewidomy, jest również dość mocno opóźniony umysłowo. Jego uścisk powitalny nie miał sobie równych. Jak zwykle ponagrywaliśmy co nieco z Carlitosem, porozmawiałam z dziewczynami. Carlitos chyba tęskni, bo choć w ubiegłym roku przejawiał umiarkowane zainteresowanie angielskim, pytał, czy mogłabym go uczyć.
Poza tym ucieszyła mnie zmiana w Jose, ślicznym i słodkim kilkulatku z lekkim opóźnieniem umysłowym i silną wadą wzroku. Jose uśmiecha się teraz bardzo szeroko i zaczyna mówić.
Niestety, nowa dyrekcja jakoś nie ułatwia mi zorganizowania regularnych zajęć dla dzieciaków. Ale się nie poddam.

Z Little Heroes, Martą i trójką wolontariuszy lepiliśmy pierogi. Marta przyniosła pyszny farsz, a Camila, niewidoma dziewczynka, genialnie robiła ciasto i lepiła pierogi. Jej sprawne poruszanie się po domu zbiło z pantałyku jednego z wolontariuszy. Zupełnie się nie domyślał, dlaczego Cami nie wyciąga ręki po podawaną przez niego butelkę, podczas gdy niewiele wcześniej widział, jak pewnie biegnie w moją stronę.

Wzruszyłam się też obserwując Vale i Dayanę. Vale również jest niewidoma, ma 18 lat. Kilkuletnia Dayana ją uwielbia. Dayana urodziła się z wadą genetyczną, ma nie do końca wykształcone paluszki, lekko zdeformowane usta i problem z biodrem. Mimo to jest bardzo żywiołowa. Od jakiegoś czasu chodzi już do przedszkola. Dayana nie mówiła nic jeszcze w listopadzie, teraz powolutku zaczyna - mówi już "hola" i ponadawała jakieś swoje dziecięce imion wszystkim wokół. Mimo, że nie mówi, jest bardzo komunikatywna - chwyta po prostu za rękę, zaciąga do pokoju zabaw i pokazuje, czego chce.
I kiedy w zeszły piątek wróciła z przedszkola, złapała mnie za rękę, żeby poszukać Vale. Kiedy ją znalazła, uścisnęły się, a potem trzymając Vale za dłonie, Dayana "opowiadała" co robiła w przedszkolu: podskakiwała, truchtała w miejscu, co Vale bezbłędnie odgadywała. Spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo z Martą: to właśnie jest miłość.

A we Floridzie przybiłam piątkę z "moimi" dzieciakami. Sporo się tam pozmieniało, ale część dzieciaków wciąż się tam uczy. Trochę się razem pouczyliśmy, jak zwykle dostałam sporo uścisków.

Da się żyć.

piątek, 6 marca 2015

Fundacja

Z fundacją chwilowo nie współpracuję, pewnie wrócę, jak wymyślę coś fajnego, co chciałabym robić z dzieciakami z Instytutu dla Dzieci Niewidomych. Widzieliśmy się z dzieciakami we wtorek, super było je spotkać, wyściskać Carlitosa i Yimmy'ego. W Instytucie spore zmiany, sporo niewiadomych co do przyszłości, ale koordynatorką jest Anyela, fajna babka, więc jest nadzieja.

Byłam poza tym z Hannah, jedną z dwóch nowych koordynatorek, w więzieniu. Bardzo chciałam spotkać się z chłopakami, to śmieszne, ale niektórych po prostu bardzo polubiłam.

Na miejscu okazało się, że Słowak zwany Czechem jest już na wolności, co z jednej strony bardzo mnie ucieszyło, z drugiej jednak w jakiś sposób naznaczyło ton wizyty. Widać, że chłopaki trochę za nim tęsknią,  na swój hiperaktywny sposób wnosił masę energii. Wyszedł też James, Amerykanin, i jakoś trochę nostalgicznie było.

Ale pogadałam jak zwykle z Bernardem, Chorwatem, i Agostinem z Madrytu. Agostin spodziewa się wyjść na wolność już w sierpniu. Mam nadzieję zobaczyć się z nim wtedy. Agostin jest jednym z tych, którzy trzymają się z dala od szemranych więziennych układów (nie ma facebooka, nie pali trawy, nie zażywa narkotyków). Bo oprócz dostępu do narkotyków niektórzy więźniowe mają telefony i to nawet z dostępem do internetu i prowadzą wirtualne życie!
Agostin jest w więzieniu już 7 lat, nigdy nie miał w rękach tabletu i ma tremę przed wolnością, a jednocześnie widać, że nie może się już doczekać opuszczenia więzienia.

Nie chciał mi za wiele opowiadać o tym, jak się tam znalazł - zrozumiałam tyle, że wdał się w znajomość z ludźmi, z którymi nie powinien, i został wplątany w przemyt narkotyków. Nie zeznawał przeciwko nim w obawie o swoje bezpieczeństwo, i do tej pory nie lubi o tych ludziach mówić.

To zabawne, że więzienie jest takim miejscem, w którym mogę porozmawiać o rzeczach, które w jakiś sposób są mi bliskie, bo zazwyczaj rozmawiam z Europejczykami. Z Włochem porozmawialiśmy o Włoszech, o miejscach, które lubię.
Z więźniami - Europejczykami mamy podobną wizję Kolumbii, zaskakują nas podobne sprawy, i w głowach nam się nie mieści skala przemocy na ulicach Bogoty. Więźniowie znają ją głównie z opowiadań współwięźniów i z telewizji, ja - z opowiadań innych Kolumbijczyków i z incydentów z udziałem wolontariuszy. Pytają o rady, jak się zachowywać, żeby nie paść ofiarą przemocy. I zgadzamy się, że absurdem jest musieć je sobie dawać. Śmieją się ze mnie, poszukującej pracy, że może spotkają mnie na ulicy Bogoty sprzedającą empanady i arepy ;-)

No i umawiamy się na spotkanie po ich wyjściu. Wyobraźnia podpowiada Bernardowi i Agostinowi spotkanie w Polsce ;-) jak to będzie, nie wiadomo, ale wiem, że to w gruncie rzeczy dobre chłopaki i życzę im jak najlepiej.  Oby nie wpadli z powrotem w przemyt...

Nawiasem mówiąc, Hannah znalazła na YT filmiki pokazujące walki bokserskie w więzieniu (towarzyszą im zakłady pieniężne) i ... "dziury" umożliwiające kontakt ze światem zewnętrznym. Podobno można nimi nawet wydostać się na zewnątrz, ale tym którzy mają do nich dostęp, ucieczka się nie opłaca. Interesy robi się wewnątrz.

środa, 8 października 2014

leci

czas jak szalony. Niedawno podrzucaliśmy sobie smakołyki z okazji Dnia Miłości i Przyjaźni, obchodzonego w Kolumbii 18 września (podobnie jak Dzień Matki i Ojca dla handlowców staje się miesiącem), a już w sklepach i instytucjach pojawiają się dekoracje na Halloween.

wolontariusze przyjeżdżają i odjeżdżają, czekam na swoją następczynię, kolejną Polkę. Mam bilet do Madrytu, szukam biletu do Warszawy.

W ostatniej chwili udało mi się spotkać z panią konsul, moją dawną wykładowczynią, która 18 października zdaje już placówkę. Od spotkania na pokazie "Wałęsy" próbowałyśmy się umówić na kawę, ale dopiero w sobotę porozmawiałyśmy chwilkę na jej spotkaniu pożegnalnym, zorganizowanym przez mieszkających w Bogocie Polaków. Wysłuchując opowieści na jej temat żałowałam, że nie skontaktowałam się z nią wcześniej - dziękowali jej zarówno pracownicy ambasady, jak i Indianie Wayuu i Indian z regionu Tierradentro, którzy ze łzami w oczach dziękowali jej za wsparcie projektów. Wiele osób wspominało jej gotowość do pomocy w każdej sytuacji, również pieniędzmi z własnej kieszeni.

Dzisiaj jeszcze spotkałyśmy się na kawie w ambasadzie, m.in. żeby porozmawiać o A. - Polaku odsiadującym wyrok za kradzież, którego poznałam podczas wizyt w więzieniu La Picota. Pani Mirce bardzo leży na sercu jego los i gdyby została dłużej w Bogocie, jestem pewna, że poruszyłaby niebo i ziemię, żeby mu pomóc. Tymczasem postaram się dostarczać jej jakichś nowin, rodzina bardzo stara się o kontakt i gotowa jest pomóc mu wrócić do Polski.

Z nowych miejsc pracowych - prosto z urlopu wpadłam w lepienie pierogów na bazar w Instytucie dla Dzieci Niewidomych. Pierogi wypadły nieco blado w konkurencji z tradycyjną kolumbijską świnią faszerowaną (lechona, nie lubię) czy tamalami (coś w rodzaju gołąbków gotowanych w liściu bananowca), ale sama impreza była bardzo fajna, dużo muzyki. Wreszcie zobaczyłam na żywo zespół vallenato dzieciaków z Instytutu, trochę nagrań jest na youtube, np. tu: https://www.youtube.com/watch?v=Sx9TuUI0GG4). Najładniejsze stanowisko miała profe Rosalba :-)









Wczoraj odwiedziliśmy też koszary wojskowe. Będziemy (znów, po pewnej przerwie) wspomagać projekt przygotowujący żołnierzy do wyjazdu na szkolenie językowe do Stanów Zjednoczonych, po którym sami będą nauczycielami. Ciężko powściągnąć ciekawość, i choć staram się nie wypytywać o trudne momenty ich służby, to już lokalizacja ich baz pozwala co nieco zgadnąć - jeden z żołnierzy przez ostatnich 12 lat odbywał służbę w departamencie Caqueta na południu kraju, w dużej części pokrytym puszczą amazońską. Był on w latach 90. jednym z ognisk walki z biznesem narkotykowym i FARC. Wciąż jeszcze widać tam dużo wojska, jest sporo patroli sprawdzających dokumenty podróżnych, a przydrożne billboardy nawołują guerilleros do złożenia broni.

a wcześniej byłam na urlopie, o czym będzie innym razem i pewnie w kilku częściach, bo był to urlop niezwykły.

piątek, 16 maja 2014

Znów mijają tygodnie. Nowi wolontariusze już się ogarnęli, udaje mi się przełamać lody nawet z tymi, którzy patrzyli na mnie spod oka.
Z Polski przyjechała K., pobędzie u mnie do końca sierpnia. Cieszę się bardzo, że mam z kim porozmawiać po polsku, choć czasem język się plącze z nadmiaru wrażeń lingwistycznych. K. zgodziła się mnie wspierać w pracy, w lipcu przyjeżdża też na miesiąc była wolontariuszka Samantha, w sierpniu być może na bardzo długo Liz, była wolontariuszka która bardzo chce wrócić do Kolumbii i przejąć moje zadania, być może dołączy też do nas kolumbijska wolontariuszka Andrea - mam nadzieję, że uda nam się stworzyć minizespół, o płynnym wprawdzie składzie, ale grunt, by działał.

Znów mieliśmy kradzież w mieszkaniu i bardzo liczę na to, że mój podejrzany da mi pretekst do wyrzucenia z programu - dowodów nie mam, więc za kradzież nie mogę go usunąć, ale po pół roku wiem już, że mogę ufać swojej intuicji, więc czekam, aż złamie którąś z zasad.

Z Cartageny wrócił Zlatko z tatuażem Supermana na piersi (henna na szczęście), dom znów jest pełen wrzasków i wygłupów. Wypełniają go nietypowe przedmioty - potężny kawałek betonu, którego Zlatko używa jako ciężaru do ćwiczeń, gipsowe odcisków dłoni (próba generalna do fajnego projektu), marakasy.




W projektach też trochę się dzieje. Na grafiku tygodniowym dodaliśmy sobotę, bo mamy chętnych do pracy - wysyłam ich na projekty fundacji Pocalana, do pracy z dziećmi i na wieczorne odwiedziny u bezdomnych.

Mali Bohaterowie zaczęli remont domu, będziemy im w tym pomagać.
Erika angażuje wolontariuszy w odwiedziny u dzieci w szpitalu onkologicznym - dzisiaj była tam z Charlesem, który świetnie żongluje.

Zaczynamy dodatkowe zajęcia w Instytucie dla Dzieci Niewidomych - z dziewczynkami, które uczą się już w innej szkole, ale są popołudniami wolne i poprosiły nas o uczenie ich. Są bardzo zdolne i dużo umieją - to na pewno zasługa M.
W piątej klasie dwaj chłopcy wymienili angielski wśród swoich ulubionych przedmiotów.
Zaczynam się trochę rozkręcać z angielskim, coraz więcej fajnych materiałów przygotowujemy dla dzieci. Zaczynam wykorzystywać płynny silikon - po zastygnięciu daje na papierze linię, którą dzieci czują opuszkami palców. W ten sposób pracowaliśmy nad planem miasta. W następnym tygodniu spróbujemy zrobić plakat o zdrowym odżywianiu.Coraz lepiej czytam i piszę rzeczy napisane alfabetem braille'a.

W porównaniu z grudniem, kiedy często prowadziłam zajęcia plastyczne dla ósemki dzieci sama, teraz mam zwykle do pomocy co najmniej dwoje wolontariuszy, co jest wielką pomocą zwłaszcza w 3-4 klasie, gdzie poziom dzieci i ich motywacja do nauki jest bardzo zróżnicowana - od Giovanniego, który ciągle powtarza "chce mi się spać", po Dayanę, która lubi się uczyć. Ciągle próbuję wymyślać sposoby na Giovanniego - całkiem nieźle widzi, więc ostatnio graliśmy w gry edukacyjne w Internecie, mam nadzieję, że to zaskoczy.

Obecność wolontariuszy w Instytucie, również tych, którzy pracują przy porządkowaniu placu zabaw, wydaje się przynosić małe rezultaty, nie tylko materialne. Gustavo, niepełnosprawny umysłowo chłopiec z Instytutu, mówi dużo więcej, niż kiedy go poznałam, i ostatnio pożegnał nas angielskim "bye".

Od jutra zaczynam przeglądać ogłoszenia, szukamy dodatkowego mieszkania (w czerwcu będziemy mieć nawet do 30 wolontariuszy jednocześnie).
Po cichutku marzę o urlopie w sierpniu, oby się udało :-) choćby tydzień na wyspie :-)

A to marzenie Carlitosa, wspaniale utalentowanego chłopca z Instytutu dla Dzieci Niewidomych :-)






piątek, 21 marca 2014

różne

Kilka dni temu po cichutku świętowałam sobie cztery miesiące pobytu w Kolumbii. Muszę się przyznać, trochę odliczam tutaj czas. Z dwojakich powodów - liczę miesiące pozostałe do spotkania z bliskimi, a trochę też ze strachem myślę o tym, jak szybko mijają dni.

Bogota tymczasem stała się dla mnie trochę przezroczysta. Straciła urok nowości, coraz rzadziej potykam się na nierównych chodnikach, przysypiam w transmilenio (z rękami kurczowo uczepionymi plecaka, czyli czujnie).

W życie wkrada się monotonia, która sprawia, że zapominam, że jest fajnie. Że mam fajną pracę, może czasem męczącą, ale satysfakcjonującą. Na szczęście czasami sobie o tym przypominam, balansując między językami, różnymi osobowościami, najróżniejszymi zadaniami. Kiedy udaje mi się tanio kupić ciężarówkę ziemi ogrodowej i nie dać się naciągnąć taksówkarzowi.

Mam teraz wielonarodowościowy skład w mieszkaniu, co zmusza do przełączania się między angielskim, hiszpańskim, niemieckim i polskim (po polsku mówię dzięki N., a także Asi i Bartkowi - bardzo się cieszę z naszego spotkania). I kurczę, jestem z siebie dumna. Raczej mi się udaje skutecznie zmieniać języki, chociaż czasami mówię "dzień dobry" naszym portierom po niemiecku.

N. przyjechała do mnie z Polski, i choć nie mam dla niej tyle czasu, ile bym chciała, to bardzo fajnie mieć ją tutaj. N. jest niesamowita, szybko łapie hiszpański i jest świetną wolontariuszką. Zrobiła cudne szmaciane laleczki dla moich dzieciaków, którym (laleczkom) przydzieliliśmy role członków rodziny i nadaliśmy imiona, będą nam pewnie towarzyszyły przez jakiś czas w nauce. A dzieciaki, jak usłyszały, że jest z Polski, powiedziały: "a, tak jak Monika". Moni, jesteś tutaj nadal.

Jakiś czas temu zaczęliśmy już lekcje angielskiego w Instytucie dla Dzieci Niewidomych, trochę się potykam, próbując zaplanować zajęcia dla dzieci na różnym poziomie. Zmagam się z własnym brakiem przygotowania i niechęcią niektórych dzieci. Pomagają mi dużo N. i Erika, dzięki nim ostatnio usłyszałam po zajęciach z najbardziej niechętną i oporną grupą, że tym razem lekcja była ciekawa. A Erika przygotowuje dla nich materiały w Braille'u - ciągle nie udaje mi się wybrać do biblioteki z drukarką brajlowską, więc wszystko pisze ręcznie. I pomaga mi sprawdzać prace domowe dzieci.

W Instytucie są nowi nauczyciele, z jednymi pracuje mi się lepiej, z innymi gorzej, ale mam już jedną ulubioną - Giselle, nauczycielkę piątej klasy, która jest bardzo pomocna i sympatyczna.
Coraz więcej rozumiem i coraz częściej wychwytuję żarty dzieciaków i staram się na nie odpowiadać. Carlitos skacze z radości na mój "widok" (czy raczej dźwięk mojego głosu), i mówi mi "te quiero". Yimmy przypomina mi "a pamiętasz, jak piekliśmy ciasteczka", więc może mały okruszek tu po mnie zostanie.

Nie wiem, na czym to polega, ale instytut to wyjątkowe miejsce. Lubię i nauczycieli, i budynek, i okolicę. I przede wszystkim dzieci, każde wyjątkowe, a mogę to zobaczyć dzięki temu, że grupy, z którymi pracuję, są dość małe.


Po burzliwym miesiacu w towarzystwie trzech młodych Brytyjczyków, znów nastał czas względnego spokoju w mieszkaniu i nie muszę ciągle kupować chleba, który zasysali jak odkurzacze. Porządek zakłóca tylko dwudziestoletni Szwed, którego wciąż upominam, żeby zachowywał się ciszej i nie kopał w mieszkaniu jednej z trzech piłek nożnych, które ze sobą przywiózł. Jest niestrudzony w wymyślaniu gier towarzyskich i mistrzem dylematów. Dylematy polegają na wybieraniu mniejszego zła spośród dwóch kiepskich lub obrzydliwych propozycji.
Slatko, bo tak go nazywam na cześć jego idola, szwedzkiego piłkarza Slatana Ibrahimovicza, ma twardą czaszkę, której nie uszkodziły nawet dwie zakończone sukcesem próby doskoczenia do sufitu. Obsadził mnie w roli drętwej matko-nadzorczyni, ja z kolei nie daję mu zapomnieć o młodym wieku i braku dojrzałości, i tak sobie/się dogadujemy:)

Patrzę na wolontariuszy i czasami nie wiem, czy śmiać się, czy płakać.

Z drugiej strony przewija się przez mieszkanie sporo bardzo fajnych osób, którzy odnajdują się w najróżniejszych sytuacjach i dość dobrze organizują w domu. Tworzą zgraną grupę i fajnie na to patrzeć.

Ale najlepsze jest to, że od niedzieli mam tydzień wolnego. Jedziemy z N. w świat :)
A jutro salsa :)

Z prawej strony to moja ręka. No trochę się opaliłam :)

niedziela, 16 lutego 2014

nieuchwytne

pomyślałam sobie, że warto spisywać małe chwile, które dają satysfakcję. Bo praca czasami jest trudna, więc tym bardziej chciałabym pamiętać, dlaczego chcę to robić.

Satysfakcję daje mi przede wszystkim spotykanie ludzi, którzy mają chęci i czują podobnie. I którzy potrafią się zaangażować całym sercem w projekt. A najfajniej jest, jak dzielę tę pasję z innymi wolontariuszami.
Kiedy widzę, że jeden z nich o 11 w nocy z zapałem wycina pomoce na zajęcia z angielskiego następnego dnia, a inny doskonale organizuje prace remontowe, tłumacząc potrzebne zwroty za pomocą aplikacji na i-phone'a. Albo kiedy widzę wielki uśmiech i zaangażowanie na twarzy jednej z wolontariuszek podczas lekcji angielskiego.

Kiedy jedna z wolontariuszek nieznająca hiszpańskiego nawiązuje nić porozumienia z Vale, niewidomą dziewczynką, przygotowuje dla niej zajęcia i prosi o znalezienie wolontariusza, który mógłby przejąć od niej to zadanie, i zgłasza się na ochotnika do wsparcia jednego z projektów, mimo, że właściwie się na niego nie zapisywała. I kiedy proponuje wyjście z Vale do teatru w swoim wolnym czasie i piecze ciasteczka dla pracowników stołówki dla bezdomnych.

Kiedy inna wolontariuszka pisze, że wolontariat w Kolumbii dał jej dodatkową motywację do ukończenia studiów (medycyna) i po dyplomie ma zamiar wrócić do Kolumbii. I że dzieci z Instytutu dla Dzieci Niewidomych skradły jej serce.

Kiedy prowadzę niekończące się rozmowy z jednym z koordynatorów o tym, jak powinien wyglądać projekt.

Kiedy jedna z pań z Instytutu dla Dzieci Niewidomych poświęca swoją wolną sobotę, żeby pojechać ze mną kupić stroje kąpielowe dla dziewczynek.

Kiedy wolontariusze nieznający angielskiego fantastycznie się bawią z dziećmi niewidomymi, a dwumetrowy Gustawo skacze na jednego z nich jak miś koala.


I przede wszystkim, kiedy jestem z dziećmi, kiedy rozmawiamy i się poznajemy. Yimmy pokazuje "domek" który zbudował dla maskotki, a Carlitos szaleje ze szczęścia, bo wolontariusz podnosi go bardzo wysoko do góry. Świeci piękne słońce, a my na moment mamy dostęp do świata niewidomych dzieci.

A po południu idziemy na prawie najlepszą kawę na świecie wg jakiegoś amerykańskiego gremium i śmiejemy się z rzeczy, które się nam przydarzyły.

To takie okruchy, może niewiele, ale jednak coś.
Bo fajnie jest robić coś z innymi i dzielić emocje.




piątek, 3 stycznia 2014

jest fajnie

Kolejny fajny dzień za mną. Świeci piękne słońce, Transmilenio mknie jak strzała i są miejsca siedzące, nie ma korków i ludzi mniej, nawet na "mojej" ulicy w San Cristobal.

Planowaliśmy zrobić dzisiaj zajęcia kulinarne z dziećmi niewidomymi, ale kuchnia była niedostępna. Dzieciaki upominały się o jakieś zajęcia manualne - fajnie, że mnie tak kojarzą, ale tym razem nic nie miałam, więc po prostu się dzisiaj bawiliśmy. Yimmy był złodziejem, Manuel - milionerem.
Ja dołączyłam do zabawy jako.... pracownica banku, i dopiero po chwili dotarło do mnie, że przecież nie tak dawno odeszłam z pracy w banku właśnie.

Manuel, niewidomy, biegał po boisku popychając przed sobą wózek z Santiago, chłopcem widzącym, ale z porażeniem mózgowym. Zapytałam, kim w zabawie jest Santiago, na co Manueal odparł: "samochodem". Milioner musi mieć przecież cztery kółka.

Jako pani z banku pocięłam na kawałki kilka kartek z kalendarza (banknoty), wynajęłam ochroniarza (Angy). W Kolumbii obecność ochroniarzy i innych osób mundurowych jest oczywista w wielu miejscach, więc moi klienci upominali mnie, żebym kogoś zatrudniła.

Co ciekawe, nie prosili o wypłaty gotówki - tylko o pożyczki na nowy dom, samochód strażacki albo lody.

Potem jeszcze się bawiliśmy w wykrywanie sfałszowanych pieniędzy. W noc sylwestrową taksówkarz wcisnął mi dwie "lewe" dwudziestki (ok. 70 PLN), więc chyba jakoś to musiałam odreagować w zabawie. Fałszowanie pieniędzy jest w Kolumbii częste, i właśnie zapłaciłam frycowe.

Przez chwilę bawiłam się z Santiago. Użyczał mi swojej plastikowej komórki. Bardzo się śmiał, kiedy mówiłam do słuchawki "Hola, tio" ("Cześć, stary"). Wg Manuela Santiago sprzedawał mi "minutos".
Odpłatne udostępnianie telefonów komórkowych na ulicy jest bardzo powszechne w wielu krajach Ameryki Łacińskiej i wygląda mniej więcej tak (źródło: http://fournorthandseventyfourwest.files.wordpress.com):



Po skończonej zabawie jedliśmy pyszne feijoa z ogrodu przy Instytucie. Trochę cierpkie, trochę kwaśne, bardzo dobre. Je się w całości, niektórzy nie oszczędzali nawet "ogonków". Różnorodność owoców w Kolumbii jest niesłychana, do niektórych trudno się przekonać, wobec niektórych mój żołądek się buntuje, ale próbuję.




Po zabawie przeglądaliśmy jeszcze z Yimmym (Yimmy nieźle widzi) mapy różnych krajów, mam je w kalendarzu. A potem na huśtawkach rozmowa nieoczekiwanie przeskoczyła na stworzenie Wszechświata i Boga. W którymś momencie musiałam Yimmy'emu powiedzieć, że mój hiszpański jest niestety zbyt słaby i że muszę się poduczyć, żeby móc z nim na ten temat więcej porozmawiać. Yimmy początkowo nie rozumiał, co mam na myśli, więc mu powiedziałam, że urodziłam się z innym językiem i teraz dopiero uczę się hiszpańskiego, tak jak on urodził się z hiszpańskim i teraz uczy się angielskiego.
Niewykluczone, że Yimmy myślał, że moje kłopoty z hiszpańskim to po prostu wynik opóźnienia w rozwoju umysłowym. W Instytucie jest sporo takich dzieci, które słabo mówią, i Yimmy jest do nich przyzyczajony.

A po obiedzie pojechałam na basen. Pomyliłam autobusy i przystanki, ale w Bogocie nie da się za bardzo zgubić. Wysiadłam w dość nowoczesnej dzielnicy, znalazłam drogę na basen, zaryzykowałam życie przechodząc przez ośmiopasmową ulicę. Dużo czasu straciłam krążąc po wielkim kompleksie sportowym - czego tam nie było! korty tenisowe, strefa tai chi, minogolf, maksiszachy, fontanny, salon gier, i uff, wreszcie basen, w dodatku olimpijski. Jednak znów nie weszłam, bo było już za późno, za to poznałam prorektora jednego z wielu bogotańskich uniwersytetów.
W każdym razie drogę na basen mam opanowaną.

To był dobry dzień.
Czas spać.


środa, 18 grudnia 2013

kocioł

no więc mamy w sumie 32 wolontariuszy i na nudę nie narzekam. Dzisiaj wtorek, a ja czuję się, jakby minął już co najmniej tydzień. Jest ciekawie.

Wczoraj pojechałam z wolontariuszami do instytutu dla dzieci niewidomych pokazać im, na czym będzie polegać ich praca - wybrali projekt zwany "construction". W tej chwili nic wprawdzie nie budujemy ani nie remontujemy, ale po remoncie nowej sypialni teren jest dość mocno zabałaganiony i właśnie to porządkujemy, żeby możba było zasiać trawę. Wczoraj razem z trójką Kanadyjczyków i Amerykaninem przerzucałam gruz i piach. Przy okazji udało nam się dokopać do zapomnianej ławki. Praca była zaskakująco fajna, dużo mimo wszystko pracuję głową i wysiłek fizyczny dał mi odpoczynek.

Ale mimo to wyszłam z instytutu zmartwiona. W niedzielę przywieziono tam sześćdziesięcioro nowych dzieci - zupełnie nie pasujących do profilu placówki, w większości starszych, widzących i część z poważnymi problemami umysłowymi.  Przypuszczam, że coś niedobrego stało się w ich dotychczasowej placówce, i w trybie kryzysowym je przeniesiono. Zgromadzono je na boisku szkolnym. Naszej pracy towarzyszyły ich krzyki... I "moje", i "nowe" dzieci były przestraszone, nauczyciele zmęczeni, po nocy spędzonej w ośrodku. Nie zapomnę widoku pani dyrektor, którą kojarzę głównie z oficjalnych spotkań, masującej kark i śpiewającej zdenerwowanej dziewczynce piosenkę.

Ponieważ dzisiaj miałam do dyspozycji grupę 14 Portorykańczyków, postanowiłam podzielić ich na pół. Połowę dałam do towarzystwa "moim" dzieciakom, które akurat miały zajęcia z wynajętymi przeze mnie (a dzięki Wam) edukatorami z Re-ciclo, a z drugą postanowiłam zaimprowizować coś dla "nowych".

Żeby jeszcze brakowało atrakcji, Rosa, nasza pani gotująca i sprzątająca, ma zwichniętą kostkę, stłuczony kręgosłup, i problemy rodzinne, więc nie przychodzi do pracy. Dzień zaczęłam więc smażeniem naleśników dla 16 osób. Z domu wyszłam o 7:30, zeby odebrać Portorykańczyków z drugiego mieszkania. Wynajęty dla grupy samochód się spóźnił. Po drodze zatrzymała nas policja, podobno kierowca nie miał jakiegoś papierka. Próbowałam pomóc, i chyba moje perswazje, że czekają na nas dzieci, sytuacja jest kryzysowa, a ja jestem cudzoziemką, odniosły skutek, miałam wrażenie, że twarz jednego z policjantów złagodniała. W końcu zostaliśmy wypuszczeni. Podobno kierowca nie zapłacił nawet łapówki.

Przyjechaliśmy mocno spóźnieni, ja zaczęłam szukać miejsca na warsztaty, dzielić ludzi na grupy, biegać po sklepach papierniczych, tłumaczyć, co mają robić osoby, które przyjechały porządkować teren i tak dalej. Z tego wszystkiego nawet nie wiem, jak poszły warsztaty dla "moich" dzieciaków. Nie przygotowałam nic dla "nowych" dzieci, bo już tak byłam wczoraj umęczona, że wolałam pójść na piwo ;-) Dzisiaj wystarczyły na szczęście papier i kredki - chyba i tak ważniejsze było, że ktoś przez chwilę pobył z tymi dzieciakami.
Grupa portorykańska okazała się bardzo fajna, złapali kontakt z "nowymi" dzieciakami, i chyba nawet żal im było wychodzić. Na dziedzińcu instytutu zjedliśmy kanapki, potem pojechaliśmy na targi  rękodzieła i było naprawdę super :) A Yaneth, jedna z "nowych" dziewczynek, która wczoraj próbowała nam pomagać w odgruzowywaniu, powiedziała, że jej się śniłam :-)

Teraz siedzę w domu. Dałam sobie wieczór dla siebie.
Przez chwilę kusiło mnie, żeby uprać skarpetki (nie mamy tutaj pralki), ale nie, jednak nie dzisiaj.... ;-)

czwartek, 5 grudnia 2013

roboty ręczne

Powoli poznaję dzieci, co pozwala mi na wymyślanie dla nich zajęć.

Z dzieciakami niewidomymi sprawa jest jasna - pracujemy węchem, dotykiem, słuchem. Więc chodzę tam  z dyktafonem, dzieciaki uwielbiają być nagrywane. Wczoraj lepiliśmy też aniołki z masy solnej - przyszliśmy do ośrodka z mąką i solą, masę przygotowywałam na miejscu. Dzieciaki krzyczały z radości, kiedy wsypywałam poszczególne składniki do miski, razem ugniataliśmy masę. Potem podzieliliśmy masę na 4 części - jedna pozostała w kolorze naturalnym, do pozostałych dodałam odpowiednio przyprawę żółtą, czerwoną (sądząc z etykiety obie o składzie dość sztucznym) i kakao. Dzieciaki najchętniej lepiły z masy kakaowej - bo pachniała najsmakowiciej :)

Lepienie aniołków to też była dla mnie fajna okazja do sprawdzenia, na ile sprawne są dzieciaki. Widać było, że niektórym sprawia trudność wyobrażenie sobie, co jest głową, co tułowiem. Ale to nie szkodzi, bo przecież właśnie się tego uczyliśmy :-) Jeden z chłopców natomiast fanastycznie naśladował ludzika ulepionego przez jednego z wolontariuszy. Zbadał najpierw ludzika palcami, a potem bardzo wiernie udało mu się go odtworzyć.
Lepienie aniołków

Z nowin z Instytutu - miałam zaszczyt uczestniczyć w zakonczeniu roku szkolnego i otwarciu nowej sypialni. Sypialnia powstała przy współudziale naszej fundacji - wsparliśmy ten projekt zarówno finansowo, jak i pracą wolontariuszy. Z okazji zakończenia roku szkolnego dzieciaki przygotowały popisy - wierszyki, piosenki, przedstawienie.
Dylan i Jonathan jako nieudaczni rabusie podczas przedstawienia
Nowa sypialnia w Instytucie
Byłam też dzisiaj w fundacji Pequenos Heores - Mali Bohaterzy. Fundacja opiekuje się grupą dzieci chorych na raka, których rodzice nie są w stanie się nimi wystarczająco zająć - wozić do lekarzy, na badania, towarzyszyć w szpitalu. Po prostu mieszkają zbyt daleko, albo ich sytuacja rodzinna i zawodowa na to nie pozwala. Fundacja zajmuje miły, przytulny domek, dzieci mają moc zabawek - ale nie mają towarzystwa. Przyglądam się dzieciakom i już wiem, że z trójką z nich (ośmiolatką, jedenastolatkiem i dziesięciolatką) mamy konkretną pracę do wykonania - nauczyć ich czytać i pisać. Dzieci mają na tym polu zaniedbania, głównie z powodu tego, że dużo czasu spędzały lub spędzają w szpitalach.

Dzisiaj zaczęłam już przygotowywać grunt z ośmioletnią Laurą. Kupiłam jej śliczną książeczkę o rolniku, który miał na farmie stado krów, owiec, kozę, kury, dwa psy i... smoka. Przeczytałyśmy ją dzisiaj z Laurą, najpierw czytałam ja, wodząc palcem po tekście, potem powtarzała to po mnie Laura. W ten sposób oswajam ją z tym, jak wyglądają słowa. Potem zaczniemy ćwiczenie ręki wzorkami - i mam nadzieję, że Laura będzie dzielnie robiła pracę domową. Mam też już podręcznik do nauki pisania - skorzystałam z podpowidzi Rosy :-) 

Poznaję też lepiej Vale, bardzo inteligentną dziewczynkę, której rak zaatakował skórę i oczy. Vale jest bardzo mądra i ma dużą wiedzę - jeszcze dwa lata temu mogła widzieć, teraz doskonale posługuje się braillem, uczy się też obsługi komputera przystosowanego do potrzeb osób niewidzących. Szukam dla niej książek - znalazłam dwa audiobooki, które mogą ją zainteresować, ale będę też szukać książek napisanych w braille'u.

Książki są tutaj diabelnie drogie,  więc bardzo serdecznie dziękuję moim darczyńcom - dzięki Wam mogę kupować książki i materiały do robót ręcznych.

Cały czas poznaję Bogotę, dzisiaj np. natrafiłam zupełnie przypadkiem na uliczkę sklepów z artykułami do zajęć plastycznych :-)
Zaczynam się czuć w Bogocie coraz bardziej swojsko, oczywiście nie tracąc rozsądku i zachowując ostrożność. Moją ulubioną okolicą jest San Cristobal Sur, gdzie mieści się Instytut dla Dzieci Niewidomych. Lubię tamtejszy chaos, sklepiki z masą zaskakujących rzeczy, empanady, collectivos (odrapane busiki).
San Cristobal Sur

Dziedziniec Instytutu

sobota, 23 listopada 2013

koordynacja

dzisiaj przeżyłam chrzest bojowy koordynatora wolontariuszy - trzymanie głowy jednej z dziewczyn nad miską.Wypiła podobno niewiele, ale jest takim chucherkiem, że wierzę, że nawet mała ilość alkoholu mogła ją zmóc.
Teraz już śpi, słyszę z daleka jej chrapanie.
Pozostała czwórka wróciła imprezować. Fajnie patrzeć, jak dzieciaki się wspierają, pilnują pijanych, odprowadzają do domu. Wczoraj bardzo ładnie zajęli sie inną dziewczyną, która też wypiła o jeden drink za dużo).
Zastanawiamy się, kto będzie następny. 
Ale żarty na bok, myślę, że przyda się też jakaś rozmowa o alkoholu. Poprzedni tydzień zdominowała mocno imprezowa grupa, pili niesamowite ilości alkoholu, i cieszę się, że tutejsze trunki są słabsze niż w Polsce, bo mogłoby być źle. Picie tutaj ma dodatkowy wymiar - utrata kontroli to mniejsze bezpieczeństwo, a to niebagatelna sprawa.

Wprowadziłam się juz do swojego pokoiku - dotychczas zajmowała go poprzednia koordynatorka, i znalazłam pod łóżkiem "welcome pack" od M. - a w nim materiały do pracy z dziećmi niewidomymi i tabliczkę do pisania brajlem (zaczęłam się uczyć!) Dzięki, M!!!!! :-))))

Dzieci w Instytucie mają teraz wakacje, ale mimo to zamierzam coś z nimi robić. Planowałam je zabrać do parku ze zwierzętami, ale już tam były. Chodzą mi po głowie inne warsztaty, ale nie będę zdradzać, jakie :-) Rozmawiałam już z panią dyrektor ośrodka i z jedną z nauczycielek, i myślę, że razem będziemy mogły robić fajne rzeczy.

Miałam też zajęcia z inną klasą niż zwykle - z tzw. drugą. Mimo, że nie byłam przygotowana, to i tak mi się podobało - dzieciaki niesłychanie chciały pracować. Bardzo chciałabym mieć drugiego wolontariusza do pomocy na dłuższy czas.

Dzisiaj pogadałam też z J., Amerykano-Salwadorczykiem, który chciałby rozwijać projekt fundraisingowy dla fundacji. Ma bardzo fajne pomysły, i dużo zapału, i bardzo trzymam za niego kciuki. Mimo początkowej niechęci (trochę naruszał zasady i musiałam mu zwrócić uwagę), chyba sie dogadaliśmy i bardzo się z tego cieszę.

Jest trudno, bez bliskich, w obcych językach, ale jest fajnie :)

a tak wyglądają okolice Instytutu dla Dzieci Niewidomych :-) pszczółki przed szkołą policyjną to dekoracja świąteczna :-)