Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chile. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chile. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Podziały

Podobno podziały związane z pochodzeniem i zamożnością są bardzo silne w krajach Ameryki Południowej. 

Gonzalo skończył turystykę na przeciętnym uniwersytecie. Tańczy salsę, gotuje łykowatą wołowinę i zepsute ryby, wyprawia gigantyczne imprezy, uczy się. Chwyta życie. Ma duże serce i, nawet jak na Chilijczyka, ciemną skórę, być może po ojcu,  Portorykańczyku. 

Człowiek z rowerem spotkany nad morzem był blondynem o niebieskich oczach, potomkiem niemieckich imigrantów. Studiował architekturę krajobrazu na dobrej uczelni. Jeździł odjechanym wyczynowym rowerem downhillowym, filmiki ze swoich eskapad umieszczał na youtube. Dzięki nim poznał też swoją dziewczynę - Polkę. Białą.

Kiedy człowiek z rowerem zobaczył Gonzala, ze zdziwieniem pomieszanym z pogardą spytał: "To wasz kolega?". Tak, powiedziałyśmy z Kartezjusz prędko. I nagle odechciało mi się rozmawiać z człowiekiem z rowerem.

Gonzalo i człowiek z rowerem popatrywali na siebie z niechęcią, nie zamienili nawet kilku słów. Czuć było napięcie między nimi.

Również ludzie napotkani później w barze dziwili się, że przyszłyśmy tam z Gonzalem. Białe turystki z takim typem... Nie dość że ciemny, to jeszcze ubrany w zwykłe dżinsy i adidasy, nie miał looku intelektualisty ani outsidera, ot, przeciętny latynoski chłopak.
A jednak to o Gonzalo piszę w czasie teraźniejszym, a nie o człowieku z rowerem czy o ludziach z baru.

Uprzedzenia.
Kolor skóry, styl ubierania, wykształcenie.
Kody, które nas mimo wszystko jakoś definiują, w oczach innych i oczach nas samych, nawet jeśli jest to powierzchowne. Jak cię widzą, tak cię piszą.
Trudno od tego uciec.
Dlatego lubię czasem (ostatnio częściej) chodzić w mojej starej kurtce, dżinsach i niepozornych butach - traperkach. Być obok stereotypu kobiecości, biurowości, wielkomiejskości.
Chociaż, pewnie i to mnie jakoś określa.

A może to nieważne. Może po prostu czasem trzeba tak:


Bardzo lubię tę piosenkę.

niedziela, 4 grudnia 2011

Znowu Chile

Będzie, że przynudzam.
A niech tam.
Będzie znowu o Chile.
I pewnie jeszcze nie raz, bo jeszcze mi tam parę rzeczy w głowie siedzi.
 
Zapachów. Wrażeń.
 
Chile ma dla mnie zapach pustyni.
A pustynia, ech niechże to powiem. Pachnie mi wolnością. Przestrzenią. Byciem okruszkiem wobec czegoś dużo większego.

Pustynia Atacama jest najbardziej suchą pustynią na świecie. Śmieją się z niej, że gdy raz na rok pada deszcz, to zanim spuścisz zdumiony wzrok w dół, ziemia znów jest sucha.

Dlatego pustynia ma też dla mnie zapach krwi w nosie, bo przy tak suchym powietrzu i wysokości, wciąż miałam podrażnione śluzówki. Głupie uczucie.

No i zachody słońca też ma piękne. I niezwykłe chwile tuż przed zachodem, kiedy słońce jest już nisko, a jego promienie rozpraszają się w kurzu wznieconym przez wiatr.

Chile ma też zapach morza. Ryb, soli, guana pelikanów, wodorostów wyrzuconych na brzeg.
Uwielbiam zapach oceanu. Z tego samego powodu, dla którego kocham zapach pustyni (oprócz zapachu krwi).

Zawsze też z ciekawością patrzę, co ocean wyrzucił na brzeg. Bardziej nawet od muszli ciekawi but nie od pary. Kawałek plastiku. Nakrętka od jakiejś butelki. Przepatruję wtedy piasek w zasięgu wzroku z nadzieją, że może znajdę coś naprawdę niesamowitego, przybyłego z daleka, zgubionego przez statek oceaniczny gdzieś hen hen. Najwięcej jest jednak kapsli od piwa, pustych butelek i ogólnie śmieci.

To nic.
Będę szukać dalej ;-)

zdj. Kartezjusz



zdj. Paweł Suchecki

czwartek, 24 listopada 2011

Latinamerica es un potente corazon* - Valpo cz. 2

*Ameryka Łacińska jest potężnym sercem - cytat z piosenki Sol y Lluvia


Życie się rozpędza, myśl goni myśl, pomysł pomysł.... aż chwilami boję się, że moja głowa tego nie pomieści.

A tu jeszcze czekają rzeczy przeszłe, które chciałam opisać.

Skup się, dziewczyno.

Valpo ciąg dalszy.

Podobno jak się czegoś człowiek boi, to na pewno się to wydarzy. Tutaj pisałam, że po kradzieży aparatu w każdym człowieku na ulicy widziałam złodzieja...

Tymczasem zaopiekował się nami Gonzalo, nieśmiały latin lover, brat właściciela hostelu. Oprowadził nas po wzgórzach Valparaiso, barach, które warto znać. Zabrał na targ, gdzie kupiliśmy  nadpsutą rybę, by ją potem wspólnie przyrządzić i zjeść razem z jego bratem, bratową, bratankiem i mamą.

Nadszedł ostatni wieczór naszego pobytu w Valparaiso - poszliśmy z Gonzalo do baru La Playa.  Na początek występowały "młode talenty". Po zakończeniu tych prezentacji z głośnika gruchnęło to:


To była niesamowita chwila. Adios, General. Ciarki na plecach.

Wszyscy w barze śpiewali.

To był pierwszy wieczór naszego wyjazdu, kiedy poczułam, jak silne jest wspomnienie tego, co zdarzyło się podczas reżimu Pinocheta. Wyruszając do Chile zastanawiałyśmy się z Kartezjusz, czy ślady przeszłości będa widoczne. Muszę powiedzieć, że z perspektywy "zwykłego turysty" nie były, jeśli nie licząc płytek z brązu z nazwiskami ofiar reżimu, umieszczonych w bruku w jednej z ulic Santiago, widoczne.

Tu jednak historia nas dosięgła. Bar pełen ludzi, śpiewających gromko "Adios General".
Kiedy później piłyśmy z trzema fantastycznymi studentkami przemycone przez nich do baru wino ze zmiksowanymi truskawkami (tak, wiem, nie przyjmuje się drinków od nieznajomych...), dotknęłyśmy tej historii nieco bliżej. Jak zawsze, to nie tylko ci, co ucierpieli bezpośrednio w czasie wojny, opresji są ofiarami. Również ich dzieci cierpią - tak jak jedna z pięknych dziewczyn, której represje polityczne zabrały ojca.
Życie na szczęście toczy się dalej i mam nadzieję, że Vicky odnajdzie swoją drogę. Póki co, próbuje ukończyć studia, co uniemożliwia jej chaos w chilijskim systemie edukacji.

Ale wieczór rozwijał się dalej. Piłyśmy, tańczyłyśmy i bratałyśmy się z Chilijczykami.

Pod koniec wieczoru zorientowałam się, że... nie mam torebki.
Przez chwilę wystraszyłam się, że miałam w niej paszport - i odstawiłam pokazową scenę histerii, żywcem z telenoweli południowoamerykańskiej. Przyznam sie, że było to nawet przyjemnie. 6 osób stało nade mną, próbując mnie pocieszyć i uspokoić. A ja nieźle dawałam czadu, wykorzystując podświadomie sytuację, że mogę dac upust emocjom.

Ruszyliśmy z powrotem do hostelu - Kartezjusz, Gonzalo, trzy studentki i ja. Jedną taksówką. Na miejscu okazało się, że mam paszport, straciłam tylko kartę kredytową i dwóch łysych. (Łysy - banknot 10000 pesos, z wizerunkiem owłosionego inaczej bohatera; ponieważ łysina jest w Chile rzadkością, wydało nam się oczywiste, że zdobi banknot o dość wysokim nominale).
Nastąpiły wyrazy ulgi, zapewnienia o dozgonnej przyjaźni, wymiana adresów e-mail, pożegnanie ze studentkami.

Ponieważ była już 4 rano, uznałyśmy z Kartezjusz, że nie ma sensu kłaść się spać. Zostałyśmy jeszcze w kuchni z Gonzalo.

To była fajna chwila, z takim poczuciem, że na końcu świata zawiązała się przyjaźń.

A mnie chwycił głód przeokropny. Lodówka świeciła tylko, a ja miałam ochotę na mięso..... Gonzalo jak prawdziwy dżentelmen wyszarpał z zamrażalnika trwardą jak serce lichwiarza wołowinę i ugotował ją dla mnie.
Nigdy nie róbcie tego w domu. 
Wprawdzie po nadpsutej rybie czułam, że nie mam nic do stracenia, i bohatersko przełknęłam dwa kawałki mięsa, które udało mi się odpiłować.Ale droga tych kawałków przez mój przełyk i dalej była powolna i bolesna. Kartezjusz to widziała.

I taki był ostatni wieczór mojej pierwszej podróży po Chile.
Znów emocje, znów ludzie.

Znów mnie okradziono, ale znów tylko "trochę". Znów miałam szczęście.
I tym razem już nauczyłam się :-) że pilnuje się swoich rzeczy :-) ciekawe, na jak długo wystarczy mi tej nauczki.

Valpo, te amo.

zdj. Paweł Suchecki

środa, 16 listopada 2011

Valpo, te amo (cz. 1)

Dzisiaj będzie o Valparaiso. W skrócie Valpo.

Valparaiso to miasto portowe.

Jest ruchliwe, tętniące życiem, chaotyczne.
Jest pełne studentów i artystów, świetnych kafejek i barów.
Jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Pięknie położone na wzgórzach wzdłuż wybrzeża Pacyfiku, porośniętych domkami obitymi kolorową blachą. I pełne niesamowitych murali, o których  ciekawie pisze Aleksandra Pluta na swoim blogu Mi Chile querido.

Valpo to miasto portowe, i może dlatego jest też miastem złodziei.

Valpo zaskoczyło nas, mnie i Kartezjusz, już na starcie, w osobie natrętnej naganiaczki. Dałyśmy się złapać.
Pierwszy hostel, do którego nas zaprowadziła, „tylko 5 minut pieszo stąd”, okazał się niewypałem. Następne południowoamerykańskie „5 minut stąd”, kiedy wściekłe na swoją naiwność już przestałyśmy się do siebie odzywać,  skapitulowałyśmy i zostałyśmy u Mario, mimo że hostel nie był niczym specjalnym.

Ale czasami rzeczy z pozoru nieciekawe mają drugie dno. 

Wyruszyłyśmy na spacer. Właściwie nie przypominam sobie, jakie zrobiło na mnie wrażenie. Pamięć nie zachowała zbyt wielu szczegółów.

Pospacerowałyśmy po porcie, potem poszłyśmy na targ w pobliżu. Okolica była już na pierwszy rzut oka nieco szemrana.

Na targu jedna z przekupek ostrzegała nas przed złodziejami, więc przystanęłyśmy, żeby schować zakupy Kartezjusz do plecaka.
Nagle usłyszałam wrzask Kartezjusz, niewiarygodnie głośny, jak na jej 50 kilo żywej wagi.
Spakowałam plecak, Kartezjusz już biegła, krzycząc „złodziej”. Dołączyłam do niej po angielsku. Tzn. krzyczałam po angielsku, a biegłam zwyczajnie, po ludzku.
Złodzieja oczywiście nie złapałyśmy, nawrzeszczałam za to na pierwszego lepszego faceta na ulicy, żądając, by oddał mi aparat.
Nasza pogoń była lekko absurdalna – nawet we dwie, niekoniecznie dałybyśmy sobie radę z rabusiem, choć Kartezjusz z żalem potem mówiła „szkoda, że go nie kopałam, może nie wyrwałby mi aparatu z ręki”.

Pamiętam, że ludzie na ulicy nie byli chętni pomóc nam w jakikolwiek sposób, oprócz mężczyzny, który wychylił się ze swego zakładu. Zaprosił nas do środka. Mimo szoku z powodu kradzieży, podobało mi się – był to zakład produkujący liny okrętowe, sieci rybackie i temu podobne rzeczy.
Mężczyzna był bardzo miły, wezwał policję, pozwolił nam zaczekać.
Trochę pogadaliśmy o życiu, ja się jemu kojarzyłam z jego córką, tylko „ona jest starsza” (miała tyle samo lat, co ja), on mi z ojcem, „tylko jest młodszy” (a rzeczywiście był w wieku mojego ojca).
Kiedy „skończył” nam się hiszpański (naprawdę niewiele wtedy potrafiłyśmy powiedzieć), przeszedł na płynny angielski – jak nam powiedział, przez kilka lat mieszkał w USA, pracował tam nawet na lotniskowcach. Być może dlatego osiedlił się potem w Valparaiso – żeby być blisko morza.

Policjanci zaprosili nas do okratowanej furgonetki, i zawieźli na komisariat. Potem zeznałam, co mogłam, panowie dodali trochę kolorytu, gdzie mój język giętki (hiszpański) nie dał rady powiedzieć wszystkiego. Trochę się też pośmialiśmy, kiedy pytana o wiek, odpowiedziałam „panna”.
Z komisariatu pamiętam jeszcze plakaty dotyczące przemocy w rodzinie i kobiecy krzyk – wyobraźnia podsuwała różne obrazy.
Oraz to, że strasznie chciałyśmy tam sobie zrobić zdjęcie - w końcu chyba na komisariacie by nam aparatu nie ukradli, hm? 

Źle się czułam tego dnia na ulicach Valparaiso. Ja, blondynka na ulicy, wokół same ciemne gęby. To który nas teraz okradnie?

Ale jednocześnie wiem, że w gruncie rzeczy miałyśmy dużo szczęścia. Straciłyśmy tylko aparat, i to tylko jeden ;-) Byłyśmy całe i zdrowe.
Błogosławieństwo bezdomnego nas chroniło.

No i zyskałam nauczkę :-)
Raczej uważam się za szczęściarę, którą Coś/Ktoś chroni (nidgy np. nie miałam złamanej ręki)
I w sumie dalej się za taką uważam - no bo w końcu to był tylko aparat, prawda?
Ale wiem już, że trzeba o siebie dbać. Słuchać, co mówią ludzie. Mieć oczy i uszy otwarte. I nie wystawiać się niepotrzebnie na niebezpieczeństwo.
Zaufanie do świata jest super, ale nie może zastępować zdrowego rozsądku.

Chociaż z tym zdrowym rozsądkiem, to nie wiem...  ;-) będzie o tym jeszcze dalej :-)

Tymczasem kilka zdjęć dla wytrwałych :-) (zdjęcia moje, lub Kartezjusz, na szczęście jej aparat nie został skradziony). 





niedziela, 13 listopada 2011

Kłamczucha

Fot. Paweł Suchecki

Wracamy do San Pedro.
San Pedro, jak już wspomniałam, to oaza wśród pustyni, w której są rzesze turystów i wystarczająco dużo restauracji, sklepów, biur organizujących zwiedzanie.

Ponieważ miasteczko jest małe, to jeśli raz się kogoś pozna - najprawdopodobniej będzie się go spotykać, czy to pod bankomatem (często nieczynny - dostawa pieniędzy jest tylko 2 razy w tygodniu, a okazji do ich wydawania wiele, więc bankomat jest opróżniany bardzo szybko), czy to w jednym z barów przy Calle Caracoles.

Jedną z takich osób był Enzo, Argentyńczyk o posturze i twarzy Fragglesa, z długimi dredami i beretem rasta. Artysta - lalkarz, który sposobem na życie uczynił wędrówkę, pracując dorywczo.

Ale nie o Enzo tu będzie, choć dzięki niemu się zadziało. Spotkałyśmy go z Kartezjusz pewnego wieczora. Nie rozpoznałyśmy go w pierwszej chwili, bo jego dredy skrywał czepiec kucharski. Przystanęłyśmy z nim na chwilę, kiedy dołączył do nas Bezdomny. Oczywiście znał Enzo dobrze. Zapytał nas, kim jesteśmy i wtedy coś mnie podkusiło - zażartowałam, że jesteśmy córkami Enzo. Bezdomny się oburzył, krzyknął, że jestem "mentirosa", i tyle pogawędziliśmy.

Dlaczego zażartowałam? Sama nie wiem. Może nie potraktowałam mężczyzny poważnie? Może wynikało to z zakłopotania? Stał przede mną brudny, śmierdzący mężczyzna, na dnie jego oczu czaiło się na dnie szaleństwo.

Poszłyśmy dalej.
Nieco później stałyśmy przed biurem Alaina i Alejandry , czekając na wyjazd na pustynię, by oglądać gwiazdy. Wokół nas stała jeszcze z dwudziestka innych turystów. I wtedy pojawił się Bezdomny. Rozpoznał mnie z daleka, krzycząc "Mentirosa, mentirosa".

Podszedł do nas, wzbudzając lekki popłoch. Wszyscy oprócz nas odsunęli się na "bezpieczną" odległość, ale popatrywali, co się stanie.
Ja zaś bardzo grzecznie powiedziałam Bezdomnemu, że naprawdę go szanuję, że nie chciałam z niego kpić. Chwilę porozmawialiśmy. Orzekł, że mam dobre serce i widać to po oczach.

I pobłogosławił mi.
Jego błogosławieństwo towarzyszyło mi zapachem bezdomnego jeszcze przez kilka godzin. Silną nutą moczu, potu, niemytego ciała.


Była to mała lekcja pokory dla mnie. Nie wszystko jest takie, jak się wydaje. Nie wszyscy myślą i czuja tak samo.
Czy moja perspektywa jest najlepsza? Czy mam prawo stawiać ją wyżej, niż perspektywę szaleńca?
Można oczywiście pomyśleć, że to bzdura, że dałam się obmacać bezdomnemu, i jeszcze się z tego cieszę.
Tak, ale - to od nas samych zależy, jak przyjmujemy rzeczy, które się nam przydarzają. Ja wybrałam.

Czy błogosławieństwo było skuteczne? o tym będzie wkrótce.

Przy okazji, jeśli będziecie na Dworcu Centralnym, zachęcam do rozejrzenia się wokół. Czasem można spotkać tam pana wzielonej kamizelce, z mikołajową brodą. Zachęcam do kupna czasopisma "Wspak".  
Lektura ciekawa, a dochód z wydawnictwa finansuje programy służące wyrównywaniu szans w zakresie zatrudnienia, edukacji i ochrony zdrowia osób marginalizowanych i wykluczonych.

piątek, 11 listopada 2011

Dzisiaj tylko krótkie zdania

Bo jestem zmęczona. I już się napisałam dzisiaj. I napiłam naleweczki :)

Dzisiaj Kartezjusz wrzuciła na fejsa to:


I przypomniała mi się nasza rozmowa na temat różnic kulturowych :-) uwaga, moje obserwacje opierają się na małej próbce osobników. Nie mam zamiaru formułować tez ogólnych!

Kiedy pojechałam do Chile, byłam w lekkim szoku, kiedy na "twarz" dostawałam kluczowe pytania: Ile masz lat? Masz chłopaka/męża?
W Polsce raczej mi się nie zdarzało, żeby nowo poznany facet tak bezpośrednio ustalał, nie bez znaczenia, jak by nie było, fakty.
Ale szczerze mówiąc, spodobało mi się to. W ogóle spodobało mi się zadawanie pytań. W ogóle okazało się, że jestem straszna gaduła, choć przez wiele lat uważałam się za milczka. Lubię to.

Aż pojechałam z wizytą do Konwalii.
I wiecie co? Niesamowite! spotkani Anglicy niemal nie zadawali mi pytań! Absolutnie żadnych. Rozmawiałam z kimś dwie godziny, nie usłyszawszy żadnego pytania o moją osobę! Byłam zadziwiona, zdezorientowana. Ponieważ na moje pytania odpowiadali, wydaje mi się, że nie popełniłam jakiejś śmiertelnej gafy.
No i zaczęłam się nad tym zastanawiać.
Jedliśmy z Anglikami, gotowaliśmy, wiedzaliśmy, spacerowaliśmy, wspinaliśmy się na ściance.
I stwierdziłam, że to też jest sposób poznawania ludzi. Robić coś z nimi razem.

Dwa kontynenty, dwa kraje, dwa odkrycia.
Pewnie już to wiecie, ale ja młoda jestem i ciągle jeszcze dziwię się światu :-) 

Odkrycie to raczej nie zrewolucjonizuje mojego życia. Gadać nadal lubię, ale doceniam teraz jeszcze bardziej, jak fajnie jest robić coś razem.

Chile wygląda tak:(okolice Pukara de Quitor, blisko San Pedro de Atacama):


Konwalia wygląda tak (wybrzeże niedaleko Bude, zdjęcie Paweł Suchecki):

poniedziałek, 7 listopada 2011

Jedno oko na Maroko... Czyli Chile!

Rok 2008. Październik. Moje trzydzieste urodziny! 

Za sprawą Kartezjusza dostałam wspaniały prezent – możliwość podróży z biletem "stand by", czyli biletem, który kosztuje niewiele, ale nie daje możliwości rezerwacji miejsca w samolocie. Bilety tego rodzaju mogą kupować np. pracownicy linii lotniczych, zwykle dla siebie i towarzysza podróży. Bilet taki w praktyce oznacza, że nawet mając kartę pokładową, można nie zostać przyjętym na pokład, np. w przypadku overbookingu. Pasażer „stand by” wchodzi na pokład ostatni. 

Ponieważ już od jakiegoś czasu marzyła mi się Ameryka Południowa, wybór padł na Chile – bo tam akurat latały linie, w których pracowała Kartezjusz. Na podróż miałyśmy tylko dwa tygodnie, więc na wypadek, gdyby nie udało nam się w ciągu trzech dni wylecieć do Chile, jako rezerwowy kierunek wybrałyśmy Maroko. Nasze rozumowanie było proste – kierunek rezerwowy musi leżeć bliżej, ale fajnie, gdyby jednak leżał na innym kontynencie, no i warunki pogodowe powinny być zbliżone do tych, jakie miały panować na far away – żeby nie pakować zbyt wielu rzeczy. 

W dniu moich urodzin wyruszyłyśmy. Najpierw do Zurychu, gdzie miałyśmy się przesiąść w samolot do Santiago de Chile. Dla mnie była to wielka frajda – pierwsza tak daleka podróż, i to w dodatku – w nieznane. Nasze przygotowania były bardzo skromne – palcem na mapie w Empiku wytyczyłyśmy z trasę, jaką chciałyśmy pokonać tam, gdzie nas samolot wypluje. Ja skserowałam przewodnik po Maroku, Kartezjusz w ostatniej chwili kupiła Lonely Planet o Chile – w ramach lektury do samolotu. Dlatego gdy pierwszego wieczoru okazało się, że zostajemy jednak z braku miejsc wśród szwajcarskich scyzoryków – nie miało to dla mnie wielkiego znaczenia. Już byłam w trybie PODRÓŻ, z okiem szeroko otwartym, uszami na sztorc, i nosem węszącym PRZYGODĘ.

Pomachałyśmy jeszcze ostatnim pasażerom wsiadają na pokład samolotu i zaczęłyśmy zbierać się do wyjścia. Bardzo miły personel obsługi lotniska poradził nam, co zrobić, by zwiększyć szanse na wylot następnego dnia  i znalazł hotel w pobliżu lotniska. Wieczór spędziłyśmy pijąc szampana za moje zdrowie i za powodzenie podróży. Pełen lans, z czasów sprzed zawieruchy z kursem franka szwajcarskiego ;-)

Dzień w Zurychu był przepiękny – złota polska jesień, chciałoby się rzecz. Spacerowałyśmy, obserwowałyśmy ludzi grających w boule w parku. Ja, germanistka, co prawda niepraktykująca, ale jednak, normalnie nic nie rozumiałam, co do mnie mówili, oprócz "Spaetzle" i "Gruess Gott" - urlop, panie!

Wieczorem, hurraa! Przewodnik po Maroku wylądował w koszu na śmieci, a my siedziałyśmy na pokładzie samolotu, który juz za kilkanaście godzin miał wylądować w Santiago de Chile.
Mimo, że miałyśmy bilet na business class, usadowiono nas w klasie ekonomicznej. Klasa biznesowa ugościła nas jednak na koniec lotu – po międzylądowaniu w Sao Paulo zwolniły się miejsca, a my z miejsca stałyśmy się pupilkami załogi, która bardzo sympatycznie potraktowała koleżankę z firmy, wraz z jej towarzyszką podróży. 

W Chile wylądowałyśmy nad ranem, właściwie nie pamiętam już, o której, zresztą, różnica czasu, wiadomo, kto by się połapał :-) 

Świat tam, na drugiej półkuli natychmiast zaczął mnie zasysać. Nie wiem, czy sprawił to efekt Coriolisa, czy to, że słońce na półkuli południowej porusza się po nieboskłonie "od tyłu" - poczułam się rewelacyjnie. Jak detektyw Gadżet, Die Drei ???, Joachim Lis Detektyw Dyplomowany albo może... po prostu ja w Chile :-) Zrozumcie, nie byłam nigdy wcześniej w Chile, a jako dziecko chciałam być detektywem, więc mogłam się sobie pomylić z kimś innym, prawda?

I zadziały się rzeczy. O których w następnych odcinkach :-)