Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiedzanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiedzanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 maja 2017

z dzieckiem w Kolumbii

Pimpollo skończył już 4 miesiące. Ciągle jest Latynosem-albinosem, z niebieskimi oczami i jasną karnacją. Budzi zachwyty gdzie tylko się pojawi, czemu się wcale nawet nie dziwię, bo jest po prostu cudny.

To na razie początek naszej drogi. Dopiero zaczynamy się uczyć bycia rodzicami. A to w Bogocie bieg z przeszkodami (opłakany stan chodników), ale co tam. Frajdy i tak jest dość.

Nie wiem, jak to jest w Polsce. Czy też wszyscy bezwstydnie zaglądają do wózeczka, żeby zobaczyć dzidziusia? To bardzo kolumbijskie. Koleżanka Kolumbijska zajrzała nawet do wózeczka w Stanach. Siedział w nim pies. W Bogocie, która też schodzi na psy, jeszcze się nie zdarza. Może dlatego, że chodniki w opłakanym stanie. Pieska lepiej wozić SUVem.

Poza tym paradoksy klimatyczne. Ostre górskie powietrze i słońce i ciągłe zmiany pogody utrudniają logistykę. Trzeba dziecko sprytnie ubrać na cebulkę. Wersja dla leniwych: gruby koc, w który pakuje się niemowlę. Plus: babcie na ulicy nie zaglądają. Wersja dla przewrażliwionych: dziecko pakuje się do wózka w grubym kocu i osłania wszystko pokrowcem przeciwdeszczowym. Nawet w ostrym słońcu. Taka szklarnia na kółkach. Efekt el niño??

Co jeszcze? rosną mi dodatkowe mięśnie do zabezpieczania Pimpolla w taksówkach. Autobusem jeszcze nie jechaliśmy, bo są diabelnie niewygodne, i wtaszczyć do nich wózeczka nie sposób. Pimpollo na szczęście w taksówkach grzecznie śpi na rękach, więc utrzymać tym łatwiej.


Uczę się też milczeć i potakiwać. Piwo na laktację? Aha. Twoje dziecko nie chce pić z butelki? dziwne, dzieci szybko się uczą. Aha. Twoja dieta ma wpływ na kolki dziecka? Aha. Musisz trzymać małego godzinę do odbijania, wtedy nie będzie mu się ulewało. Aha. Kładź go na wznak, na boku, na brzuchu, to mu się nie będzie ulewało. Aha.
To chyba istnieje pod każdą szerokością geograficzną.
Nawiasem mówiąc, najlepsza rada dla rodziców dzieci, którym ulewa się mleko, jaką przeczytałam: noście jasne ciuchy. Plamy będą mniej widoczne.

Są też lęki otoczenia. Że dziecko przewieje, że tyle złych rzeczy się dzieje, że jak będzie starszy, nie będzie można go puścić samego do parku, bo samochody, porwania, pedofile, narkotyki czyhają wszędzie.

Jest też swoisty rasizm. Pimpollo zbiera u różnych ciotek punkty za jasną karnację i oczy... To będzi kiedyś temat do przerobienia z nim, bo nawet, jeśli poprosimy rodzinę o powstrzymanie się z takimi komentarzami, nie uchroni się od nich. To jest coś, czego nie lubię w Kolumbii: nieskrywane przekonanie o wyższości "rasy" białej.

Jako importowana mamuśka zapisałam się na fejsbuku na grupy dla importowanych mamusiek. Co i rusz pojawia się w sprzedaży jakiś używany gadżet produkcji norweskiej albo szwedzkiej. Must have w postaci odpowiedniego nosidełka, najlepszego laktatora i tak dalej. Plus: przy okazji kupna drewnianej zabawki obślinionej przez kolumbijsko-niemieckiego cherubinka pogadałyśmy sobie miło z mamą. Na moje pytanie: no i jak Ci w Kolumbii usłyszałam charakterystyczne "doooobrze...". Znam ten ton. Od siebie :) no i przyznałyśmy się sobie do tęsknoty za rodziną i przyjaciółmi. Bo teściowie to przecież nie to samo, co właśni straszni rodzice.

O tęsknocie rozpisywać się nie będę. Jest i będzie.


Taki jest rodzicielstwo w wersji city. Obłożony gadżetami (chusta, nosidełko, wózek z dobrymi resorami, podgrzewacz butelek, których nie akceptuje Twoje dziecko, i sterylizator tychże, którego nie akceptujesz Ty, a dostałeś w prezencie). Trochę uwiązany do jednej okolicy, trochę testujący te warunki klimatyczne.

Jest też rodzicielstwo w wersji crazy. To jak się jedzie z czteromiesięcznym ponadsiedmiokilowym niemowlakiem do lasu tropikalnego, śpi w hamakach, pierze pieluchy w rzece, kąpie dziecko tamże. Ale to pikuś. Bo jeszcze upał i żarłoczne muszki. Więc nie wiadomo, co gorsze - spocone dziecko, czy dziecko pokąsane. Karmi się pod moskitierą. Po pierwszej nocy w jednym hamaku z dzieckiem ucieka się do oddzielnego hamaka. I nie, nie chodzi o niewygodę. Matka i dziecko pocą się przeraźliwie. Pot ma zapach serwatki.

Ale i tak jest fajnie. Papuga krzyczy "amigo", barany beczą pod chatką na palach, z chlewika zalatuje świnką, małpy piszczą. Żaby rechocą i dziecko też, spodobało mu się. Po chatce biegają tubylcze dzieci i karaluchy, na obiad jest zupa z leniwca, do popicia sfermentowana woda z cukrem (fermentacja zabija pasożyty). Tu starsze dzieciaki doskonale wiedzą, jak się zaopiekować młodszymi, więc ja tam jeszcze kiedyś z Pimpollo wrócę, zostawię go stadu, niech mu pokażą, jak złapać rybę, nauczą rozpoznawać dźwięki dżungli i, niech stracę... może nawet zgniatać karaluchy dłońmi.
A tymczasem w Bogocie znajomi strzelają sobie fotki z niemowlakiem w strojach safari na tle afrykańskiej scenerii w restauracji dla dzieci o nazwie Jungla...

I tak mi się to ładnie grywa z lekturą Korczaka, który pisał o zabawkach: że nie do końca jest tak, że dzieci chcą zabawek. Dzieci bawią się zabawkami, np. konikiem na patyku, bo nie mają prawdziwego konia, itp. Powierzają smutki misiowi, bo nie mają komu ich powierzyć. Więc niech tylko Pimpollo stanie na nogi - wrócimy do dżungli :) Do prawdziwej przyrody i zwierząt, ale również po to, by odwiedzić naszego indiańskiego chrześniaka.

I druga rzecz wzięta z Korczaka: potrzebna jest karta praw dziecka. Pierwsze fundamentalne prawo dziecka: prawo do śmierci. Bo jeśli nie przyjmiemy, że dziecko ma prawo do śmierci (bólu, cierpienia), nie damy mu prawa do życia.

To tyle na dzisiaj.


czwartek, 10 grudnia 2015

późna kawa

wypiłam dzisiaj kawę zbyt późno, więc piszę, żeby się zmęczyć. Już za 8 dni jadę do Polski. Bliskość wizyty paradoksalnie nie ułatwia, spraw do załatwienia kilkanaście. 

Pierwszy w miarę wolny weekend wykorzystaliśmy na mały wyjazd z Bogoty. Mały wyjazd, w czasie którego dotarliśmy do tropików, pokonaliśmy 500 km i zjechaliśmy o ponad 2000 m poniżej poziomu Bogoty.
Weekend upłynął pod znakiem kolei (nieistniejącej) i rzeki Magdalena (wyjątkowo płytkiej).
Zaczęło się od ślicznego budynku nad Wodospadem Tequendama, zbudowanym jako stacja kolei właśnie. Bardzo glamur. Kiedyś. Póki co smród  brudne okna, i remont na obiekcie. A smród od rzeki spadającej. Rzeka Bogota w Bogocie osiąga maksymalny stan zanieczyszczenia, co uzmysłowiła nam przemiła przewodniczka.
Wodospad szumi, ile fabryka dała, i tylko tyle, bo pobliska elektrownia zabiera mu wodę. Raz mu zabrała całą. Kapitał obcy, wiadomo.
Wodospad za to robi czary - mary i spadnięta woda ma już tylko 7 stopień zanieczyszczenia. Dotlenia się. Pieni się przy tym obficie, za sprawą detergentów, w tym okropnej pasty do mycia naczyń, niosąc plamy z naszych mieszkań i tłuszcz z talerzy. Papieru toaletowego nie niesie, bo w Kolumbii wyrzuca się go do kosza na śmieci.  I niesie tak hen, do rzeki Magdalena, stopień czwarty zanieczyszczenia. Tej, co nią "Miłość w czasach zarazy" płynęła, jak również bogactwa wszelkie w górę i w dół. Przesiadając się czasem na muły albo zgoła na pociągi.

Znad wodospadu pojechaliśmy do Melgar. Melgar to tutejsza Okuninka, tylko zamiast jeziora ma baseny, ponad 5000. Bogotańczycy odpoczywają tam w pocie czoła od zanieczyszczania rzeki Bogota. Upał, komary, dyskoteka i brak pasującego klucza do użyczonego nam nieskutecznie domku letniskowego pognał nas dalej.
Schronienie znaleźliśmy w eleganckim ośrodku z basenem, pachnącym geranium (odstrasza komary). O pierwszej w nocy daliśmy za wygraną i poprosiliśmy o zmianę pokoju (impreza obok), schronienie znajdując wśród warkotu samochodów przy trasie przelotowej. O szóstej rano zbudziło nas ćwierkanie innych sąsiadów. Ale i tak było spoko. Basen był i było ciepło.
Po odparciu zmasowanego ataku przedstawicieli handlowych, oferujących nam uczestnictwo w klubie wakacyjnym (jedyne 25 milionów gwarantowało komfortowy wypoczynek przez 25 lat), na czele z człowiekiem o wolim karku i z diablą główką na palcu, ruszyliśmy do Girardot.

Girardot jest mniej jarmarczne, niż Melgar. Zachowało się w nim dużo starych, fajnych domów i stary most kolejowy na rzece. Stare domy bez okien, z niewielkimi tylko otworami wentylacyjnymi na górze, pozwalały na świetną ochronę przed upałem.
Zaparkowaliśmy samochód w dawnej sortowni kawy i poszliśmy na rybę do restauracji na starej barce zacumowanej tuż obok, na rzece Magdalena, z widokiem na nieczynny już most kolejowy. Zjedliśmy pyszne viudo de capaz, czyli rybę marki capaz gotowaną z ziemniakiem, platanem i maniokiem, stając się częścią cyklu natury. Rybę złowiono w Magdalenie, będącej dopływem Bogoty, do której i my dorzucamy przecież nasz kamyczek. Na szczęście danych co do toksyczności ryby nie mam.

A potem pojechaliśmy dalej, od pól sorga w departamencie Cundinamarca aż do pól ryżowych w departamencie Tolima. Nawadnianych wodą z Magdaleny. Krajobraz zmieniał się wraz z pokonywanymi kilometrami, poprzez pola uprawne, prerie z chudymi krowami i wielkimi kaktusami, starymi domami krytymi trzciną, aż do żyznych pól, na których miedzach smukliły się palmy, w tym palmy woskowe, czyli jeden z symboli Kolumbii. Skąd już tylko rzut beretem, przenoszę moją duszę utęsknioną do tych pagórków leśnych, i tak dalej. Bo moja Polska to w dużym stopniu wieś, więc każda wieś trąca strunę mojego chłopskiego serca. A miedza to miedza, co by na niej nie posadzić. Szopen i pod palmą coś by wymyślił.

Dotarliśmy wreszcie do kolejnego małego miasteczka nad rzeką, Ambalema. Szopen wciska do dechy pedał gazu na fortepianie i władanie obejmuje regeton i vallenato. OK, jak dla mnie, to się panoszy. Wielki silos na ryż wznosi się nad miasteczkiem niby katedra, a brzydotą w niczym nie ustępuje mu nowoczesny kościół, kłócący się z dobrze zachowaną starą zabudową. Jednak to tylko pierwsze wrażenie. Miasteczko kryje  ciekawy budynek dworca kolejowego, na oko z lat 20. Modernistyczny. Już prawie cykam fotkę kościoła, bo ani on, ani dworzec nie mają szyb. W klimacie tropikalnym nie są potrzebne. Ale nie robię, bo jednak za brzydki. Napotykamy też resztki starego mostu kolejowego i stary zbiornik na wodę służącą do uzupełniania zapasów w parowozach. Miasteczko zachowało piękną, starą architekturę, ale hałas i mordercze komary zmuszają nas do odwrotu. Krętą serpentyną wznosimy się na poziom Bogoty, gdzie wita nas chłód, brak komarów i sąsiedzi dopalający świeczki przed wejściem do domu.
Dia de las Velitas.

Zagadka: dlaczego Hiszpanie wybrali Bogotę na stolicę dużej prowincji mimo, że leży tak daleko od wybrzeża? Bo nie trzeba się drapać.

Wnioski z wycieczki: oszczędzajcie wodę, bo nigdy nie wiadomo, z jakiej rzeki przyjdzie wam rybę jeść,  i nie zapominajcie środka na komary, jadąc w tropiki.

Kończę. Wraca pociąg bożonarodzeniowy. Idę się pogapić. Mieszkam tuż przy torach. 




poniedziałek, 13 lipca 2015

dwa kółka i Honda

stało się, przesiadłam się na dwa kółka, dzięki czemu udało mi się skrócić czas dojazdu do pracy o pół godziny. Jeżdżę bardzo czujnie, bo przez większość trasy nie mam ścieżki rowerowej, ale bardzo mi się podoba. Zabezpieczona kaskiem, a w nocy dodatkowo taśmami odblaskowymi, pedałuję po ulicach Bogoty.

Poza tym jeden z czerwcowych długich weekendów spędziłam za miastem, w miejscowości położonej dużo niżej niż Bogota. Na tyle niżej, że z przyjemnością zmieniłam trampki na sandały i dżinsy na sukienkę. Bogota, mimo położenia w kraju tropikalnym, temperaturami nie rozpieszcza. Postanowiłam więc odpocząć od wiecznej jesieni.

Miasteczko, do którego pojechaliśmy, urodą nie grzeszy. Wybraliśmy się więc na jednodniową wycieczkę do Guadua i Honda. Oba ładne, zwłaszcza zachwyciła mnie Honda. Wciąż jeszcze widać w niej znaki dawnej świetności. Była ważnym portem na rzece Magdalena, do którego docierały parostatki z wybrzeża karaibskiego, pełne ludzi i towarów. Dziś parostatków nie ma a Magdalena jest spławna tylko na części nurtu. Nowa droga omija miasteczko, na czym ucierpiało wiele przydrożnych restauracji. Stare miasto na szczęście pozostaje perełką, a i mieszkańcy chyba zdają sobie sprawę z jego walorów turystycznych. Ma jednym ze ścian niepewna ręka napisała: "Nie wyżucaj tutaj śmieci. Turysta nas widzi". (błąd ortograficzny był również w wersji oryginalnej).

W drodze do Hondy, na drodze krajowej niemiłosiernie zapchanej ciężarówkami, olśniło mnie. Już wiem, czemu szampon Head&Shoulders i inne dobra są tutaj takie drogie. Po prostu wszystko musi pokonać koszmarne odległości drogą lądową z portów atlantyckich lub pacyficznych. Szczgólnie transport z wybrzeża Pacyfiku do Bogoty jest skomplikowany. Wyładowane ciężarówki muszą krętymi drogami pokonać trzy pasma Andów. Podobno transport kilograma towarów z Chin do portu pacyficznego jest tańszy, niż transport z wybrzeża do Bogoty.
Od lobby transportowego zależy w Kolumbii zatem dużo. Dziesiątki ciężarówek z paliwami, jakie widziałam, nie pozostawiają wątpliwości. A kontrola drogowa jest niestety zupełnie nieskuteczna, więc wyładowane ponad normy ciężarówki ciągnące się pod górę z prędkością 20 km na godzinę skutecznie spowalniają cały ruch na drodze.
Policja tutejsza to zresztą zupełnie dziwna instytucja. Widok policjanta kierującego ruchem na skrzyżowaniu nie powstrzymuje kierowców przed zatrzymywaniem się na przejściu dla pieszych, czyli piesi muszą kluczyć między samochodami. W połączeniu z ogólnym przekonaniem o nieskuteczności zgłaszania przestępstw na policję wydaje mi się, że można by zupełnie zlikwidować tę instytucję.

No, ale dość psioczenia na dzisiaj.
Lepiej pooglądajcie obrazki. Honda to kolejna kolumbijska niespodzianka.
















piątek, 5 czerwca 2015

długi weekend

Kolumbijczycy mają tylko 15 dni urlopu w ciągu roku. Na szczęście mają puentes, czyli długie weekendy. W maju i czerwcu w sumie 5. 
Szanujący się bogotanin spędza go w korku na wjeździe/wyjeździe z Bogoty oraz na fince. Finca to może być wszystko: opuszczone gospodarstwo dziadków z wynajętym stróżem, żeby go nie zdewastowano, domek weekendowy. Czyli po prostu działka.

I ja na takiej działce byłam, pod Ubate, czyli mleczną stolicą Kolumbii.

Dolinę Ubate od równiny bogotańskiej oddziela pasmo gór. Po pokonaniu przełęczy na wysokości 3100 m. i efektu zatykania uszu, mijamy stada krów, pola ziemniaków i żywopłoty z opuncji i agawy, by zaparkować samochód przed opuszczonym bardzo tradycyjnym domem. Na jego straży stoją pracownicy zatrudnieniu przez dzierżawcę ziemi. Fajni faceci z ogorzałymi twarzami, i radyjkami tranzystorowymi przywiązanymi sznurkiem w pasie.

Dom tętnił kiedyś podobno życiem, i odwiedzali go znamienici synowie Kolumbii, których nazwisk i zasług nie zdołałam spamiętać. Wciąż jeszcze są w nim ślady jego dawnych właścicieli: zdjęcia ze ślubów w latach 30., stary rower o wadze tony, oprawiony w ramkę tekst i nuty piosenki napisanej dla dawnej właścicielki, i nocniki używane przed domowników, żeby nie musieć dygotać z zimna przemykając nad ranem do łazienki.
Mimo, że finka jeszcze wówczas nie istniała, jestem niemal pewna, że w podobnym domu wielokrotnie nocował i takiego nocnika używał tytułowy "Generał w labiryncie", postać stworzona przez faceta, który zmarł rok temu*. Opuszczony, schorowany, przeczuwający bliską śmierć, podróżujący konno z garstką przyjaciół, trzęsący się w zimne noce w nieogrzewanych domach. Generał, czyli po prostu Simon Bolivar, największy bohater Kolumbii.
Ja na szczęście ani schorowana, ani opuszczona nie jestem, a dzięki globalnemu ociepleniu brak ogrzewania w rejonie Bogoty staje się mniej dotkliwy**. Pobyt na fince uważam więc za bardzo udany, zwłaszcza, że okolica jest bardzo ładna.

W pobliżu Ubate z równiny sterczą dumnie nagie (niepotrzebne skreślić) skały, na które udało mi się wdrapać. Już po wejściu na szczyt usiadłam grzecznie na tyłku, bo mam lęk wysokości, a jedna ze ścian była bardzo stroma. Mam nadzieję, że na zdjęciach to widać.

Niedaleko jest też na wpół zarośnięte jezioro, mało użyteczne, ale ładne, i śliczna wioska Cucunuba. Przyszedł w niej na świat Pedro Gomez, właściciel bardzo dużej firmy budowlanej, która zbudowała m.in. pierwsze megacentrum handlowe w Bogocie. Jego inspiracji i wsparciu finansowemu przypisuje się obecny ład przestrzenny w Cucunuba.

Zgłodniały turysta posili się w ekologicznym gospodarstwie agroturystycznym.
Przeżyć estetycznych dostarczy również nieodległa Sutatausa,  i ogólnie otoczenie, bo okolica jest zwyczajnie piękna.
Wysoko w górach beczą się owce i panie w kapeluszach przędą wełnę na wrzecionach. Wełna służy produkcji poncz, zwanych ruanami, oraz do wykreowania Cucunuba na stolicę rękodzieła wełnianego, co również mi się bardzo podoba. Ze specjalną dedykacją dla N. fajne wideo promocyjne: https://vimeo.com/31804400







***************
*nie wszyscy Kolumbijczycy znają dorobek Marqueza. Ba, nie wszyscy znają jego nazwisko. Wg anegdoty księgarskiej, śmierć noblisty zwiększyła popyt na książki "tego faceta, co niedawno umarł".
** co nie zmienia faktu, że w niektórych mieszkaniach marznę okropnie. Jeśli domy nie mają okien od nasłonecznionej strony, zimno jest dotkliwe.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

San Juan de Dios

jeżdżąc do Instytutu dla Dzieci Niewidomych, mijałam po drodze szpital San Juan de Dios.
Opustoszały, obwieszony transparentami z hasłami protestacyjnymi. W jednym z budynków przetrwał jeszcze szpital położniczy, budynek z zewnątrz jest w opłakanym stanie. W 2002 r. część budynków ogromnego kompleksu została wpisana na listę zabytków, więc ich remont będzie poddany surowym wymogom.

Słuchałam opowieści o szpitalu, teraz czytam artykuły w internecie, i szczerze mówiąc, obraz jest mocno zagmatwany.


A chodzi o ponad czterysta pięćdziesiąt lat historii kolumbijskiej medycyny.
Obecny kompleks oddano do użytku w 1925 r., i stał się czołowym ośrodkiem badań w Kolumbii, wkrótce również szpitalem klinicznym najważniejszego kolumbijskiego uniwersytetu, Universidad Nacional.
Po uchwaleniu tzw. Ustawy 100 w 1993 r., która poprzez wprowadzenie mechanizmów rynkowych do opieki zdrowotnej, przyczyniła się do tarapatów wielu publicznych szpitali (oprócz wielu innych bolączek, jak chociażby wszechobecnej korupcji), szpital San Juan de Dios został uznany za niewypłacalny. Rozpoczęto restrukturyzację, wydzielając z niego m.in. Szpital Nowotworowy, Instytut Położnictwa i Pediatrii i Szpital Dermatologiczny. Te placówki działają nadal.
dawna stołówka

Upadły natomiast jednostki centralne, a także Instytut Immunologii, którego szef wynalazł szczepionkę na malarię albo przynajmniej sposób na zdobycie i wykorzystanie pokaźnego budżetu na badania nad nią, oraz przyczynił się do ruiny bardzo eleganckiego niegdyś budynku stołówki, nakazując zdjęcie dachu w przygotowaniu do remontu, który nigdy nie nastąpił.
Nie przetrwał także Instytut Chirurgii Plastycznej, placówka specjalizująca się w pomocy ofiarom poparzeń oraz kandydatkom na Miss Kolumbii.
Szpital zamknięto w 2012 r.

W 2012 r. burmistrz Bogoty, Gustavo Petro, ogłosił plan otworzenia na nowo szpitala, podając również do publicznej wiadomości testament bogotańskiego filantropa z 1926 r., zapisującego szpitalowi ogromne i bardzo atrakcyjne działki, zajęte obecnie częściowo przez budynki rządowe, a częściowo przez komercyjne biurowce. Czy szpital w swej historii skorzystał bezpośrednio z tego zapisu, nie wiadomo, ale pewne jest, że był współfinansowany z budżetu publicznego, więc chyba nie można tej publikacji traktować jako coś więcej, niż populizm.
okupowany budynek
Plan Petro obejmuje jednak wiele skomplikowanych prawniczych kroków, łącznie z wykupywaniem majątku szpitala przez władze Bogoty od likwidatora fundacji zarządzającej kiedyś szpitalem, która przecież też była instytucją publiczną. Aż odechciewa się wnikać.

Przed zwolennikami tego planu stoją poważne wyzwania: przede wszystkim ogrom środków, jakich będzie wymagać doprowadzenie budynków do używalności, ale również zakończenie trwającego już kilkanaście lat sporu z byłymi pracownikami. Ponieważ byli uznani za urzędników publicznych i zarabiali dobrze, część z nich nie zgodziła się na przyjęcie odpraw i do tej pory okupuje najwyższe piętro jednego z budynków. 

Póki co garstka zapaleńców przy wsparciu Instytutu Kultury Bogoty próbuje tchnąć odrobinę życia w martwe mury. Ich celem jest między innymi pokazanie, że szpital jest częścią kolumbijskiego dziedzictwa, czemu można bez zastrzeżeń przyklasnąć.
Wynikiem miesięcznej rezydencji kilku kolumbijskich artystów była wystawa, którą dzisiaj zwiedziliśmy.
Poza tym teren lądowiska helikopterów udostępniono jako boisko do piłki nożnej. W dawnym budynku kuchni powstaje przedszkole.
Co będzie dalej, zobaczymy.
450 żurawi dla chorego szpitala

część instalacji "Szpital w śpiączce"

jedna z instalacji - plan szpitala wspierający się na poduszkach
 






wtorek, 14 października 2014

San Miguel

kamień szamanów
po nocy spędzonej w pokoiku wielkości pudełka na buty, za to z telewizorem, pojechałam do Florencii, stolicy departamentu Caqueta. Już na terminalu autobusowym, gdzie czekałam chwilkę na znajomych, z którymi miałam kontynuować podróż, zorientowałam się, że jestem na prowincji. Myślę, że jakieś 20% pojazdów to były chivy, zwane w Kolumbii też mixto, czyli ciężarówki przerobione na autobusy, widziałam je już zresztą także w San Augustin. Dzięki dobremu podwoziu i silnikowi, na drewnianych ławkach mixto pomieści nawet do 100 osób, przy dachu załadowanym zbożem, meblami, zwierzętami czy innymi produktami zakupionymi na targu. W Bogocie można zobaczyć już tylko chivas rumberas, czyli stylizowane ciężarówki, które można wynająć na imprezę.

We Florencii kupiliśmy jedzenie dla naszej piętnastki i wyruszyliśmy do San Miguel, wioski na skraju dżungli. Ponieważ droga jest tylko częściowo wyasfaltowana, wytrzęsło nas porządnie. Po drodze wyłączyłam komórkę, nie było sensu zużywać baterii. Mój operator nie miał tam zasięgu.

Celem podróży była mała wyspa na rzece, gdzie mieszka zaledwie kilka rodzin, w tym rodzina taity Jose, czyli szamana Józefa, który miał nas gościć.

Jechałam w towarzystwie Kolumbijczyków, którzy od lat interesują się tradycyjną medycyną. Jedna z pań, C., odbywała niedaleko San Miguel obowiązkowy staż wiejski po zakończeniu medycyny, a jej mąż, wspomniany już w poście o San Augustin G., również pracował tam przez jakiś czas. I wtedy właśnie skontaktował się z nim jeden z szamanów. Świadomy, że nie znajdzie już zbyt wielu uczniów, chciał przekazać choć część swojej wiedzy lekarzom konwencjonalnym. Taita Jose niestety nie ma ucznia. Kilka osób próbowało, nie wytrwało.

Po dojechaniu do San Miguel wskoczyliśmy w gumiaki. Czekał nas spacer przez podmokły las i przeprawa czółnem na wyspę. Po drodze spotkaliśmy taitę, maczetą poszerzał dla nas ścieżkę. Na miejscu zastaliśmy drewniane chatki na palach (w porze deszczowej przez podwórko płyną wartkie potoki), w jednej z nich rozwiesiliśmy hamaki.

I było to 5 najcudowniejszych dni. Kładliśmy się spać wcześnie, przy świecy niewiele można zrobić. Kąpaliśmy i myliśmy zęby w rzece. Nie wiem, co się działo z moimi włosami, bo nie miałam lustra. Jedliśmy ryby złowione w rzece, jukę i platany wyhodowane przez panią Berenice, żonę taity. Mimo, że nie przepadam, piłam też guarape - sfermentowaną aguapanela. Było to po prostu bardziej rozsądne niż picie wody. Dzieciaki zresztą mi uświadomiły, że jeśli już, to lepiej pić wodę z rzeki niż ze zbiorników na deszczówkę. W wodzie stojącej szybko mnożą się pasożyty.

poletko koki. legalne
Bawiłam się też trochę z dzieciakami, 8-letnim Andresem i 6-letnim Luisem. Zabrali mnie na śliczną plażę, w zakolu rzeki ze spokojniejszym nurtem, gdzie można było trochę popływać. Niestety było dość płytko, więc trochę poobijałam sobie kolana o kamienie. Przez dłuższą chwilę obserwowałam ich łapiących rybki schwytane w kałuży. Mimo, że ja chciałam je oszczędzić, chłopcy uznali, że byłoby to marnotrawstwo. Kałuża wyschnie, ryby zdechną, więc lepiej jest je złapać i zjeść. Niestety, nie udało im się.

Pokazali mi też różne drzewa owocowe. Co ciekawe, znali nazwy tylko tych, których drzewa są jadalne.
Chłopcy nie potrafią czytać ani pisać, ale na wyspie czułam się przy nich jak kompletny ignorant. Po prostu są doskonale przygotowani do życia, którym żyją.

Fajnie też było patrzeć, jak rozłupują kokosy maczetą. Andres rąbał też któregoś popołudnia drwa na opał.

No i fajnie było obserwować ich ciekawość. Ktoś przywiózł kredki, fajnie rysowali. Dziewczyny uczyły ich też piosenek, przy okazji ja starałam się coś podłapać.

Miałam też dużo frajdy obserwując najróżniejsze rośliny, skrzek w jednej kałuży i kijanki w innej. Droczyłam się z uzależnioną od kawy małpką, patrzyłam, jak zwinnie wspina się na drzewo papuga, pomagając sobie silnym dziobem.

Pobyt na wyspie to było też bardzo ciekawe doświadczenie dla mnie osobiście. W pierwszym momencie czułam się mocno zdezorientowana, na tyle było to inne od moich dotychczasowych doświadczeń. A kiedy czuję się zagubiona, trochę się zamykam w mojej skorupce. Na szczęście w trakcie pobytu na wyspie się odemknęłam i wyjeżdżać już nie miałam ochoty.


Było to też dla mnie ciekawe doświadczenie ze względu na towarzystwo. Mieszkam z ludźmi z wielu krajów, więc w domu mówimy głównie po angielsku. W hostelach też spotykam głównie cudzoziemców, ostatnio w San Augustin sporo Francuzów. Ponieważ studiowałam trochę we Francji, były to dla mnie miłe spotkania, coś znanego na obcym kontynencie. A tam przez pięć dni miałam tylko hiszpańskojęzyczne towarzystwo. Czasami gubiłam się w rozmowach, chwilami czułam się nostalgicznie, zwłaszcza kiedy jednego wieczoru moi towarzysze zaczęli śpiewać piosenki. Śpiewy, jakie ja znam, brzmiałyby tam zupełnie obco.


Hiszpański wciąż jeszcze nie jest językiem, w którym czuję się komfortowo. Więc w wolnych chwilach czytałam książkę po angielsku...

Ale muszę też przyznać, że z Kolumbijczykami czuję się dobrze. Są bardzo przyjaźni i pozytywni. Mentalnościowo na pewno nam bliżsi, niż Amerykanie z USA, choć my na pewno dużo więcej narzekamy.

niedziela, 12 października 2014

San Augustin

urlop zaczęłam od 10-godzinnej jazdy lodówką do San Augustin. Nauczona doświadczeniem, w śpiworze. Klimatyzacja w autobusach kolumbijskich zabija. Przed odjazdem wszystkim pasażerom zrobiono zdjęcia - standardowa procedura, podejrzewam, że związana z doświadczeniem z porwaniami.

San Augustin bardzo mnie ucieszyło, bo mimo, że jest miejscowością turystyczną, żyje normalnym życiem wioski. Przyjechałam w poniedziałek, dzień targowy, i widać było, że miasteczko było ożywione. Szukałam przez chwilkę noclegu, ale zgodnie z sugestią przewodnika poszłam do Casa de Francois. Strzał w dziesiątkę to nie był, głównie za sprawą nocnych imprez urządzanych przez innych gości i odgłosów z ogólnodostępnej kuchni, która znajdowała się pod moim pokojem. Widoki ze wzgórza, taras z hamakiem, piękny ogród i dobre jedzenie sprawiły jednak, że pobyt w hostelu był całkiem znośny.

 
 W San Augustin uderzyło mnie, jak bardzo mili są ludzie. Kolumbijczycy generalnie są bardzo mili i przyjaźni, ale mieszkańcy Huila jeszcze bardziej. Nawet ci, z których usług nie skorzystałam, witali się ze mną miło na ulicy. Ponieważ do hostelu miałam pod górkę, pan, który przedstawił się jako przewodnik turystyczny, podrzucił mnie kawałek na motocyklu, przy okazji oferując mi po promocyjnej cenie wycieczkę jeepem.Wszystko to w sposób niezobowiązujący i bardzo przyjemny, a że cena była dobra, z chęcią skorzystałam z jego usług.

80 lat temu archeolodzy niemieccy, zaintrygowani znalezionymi w okolicach San Augustin kamiennymi rzeźbami przedstawiającymi zwierzęta, szamanów i wojowników, rozpoczęli badania. W ich wyniku odnaleziono kilka cmentarzysk kultury indiańskiej z czasów ok. 200 r. p.n.e - 800 n.e.,  która nie pozostawiła po sobie materiałów pisanych, a jedynym świadectwem jej istnienia są imponujące nekropolie. Archeolodzy do dziś gubią się w hipotezach na temat znaczenia odnalezionych posągów i malowideł w grobowcach. Najbardziej znane są "Podwójne Ja", zaskakująca postać o dwóch twarzach, i "położna", z dzieckiem w dłoniach (trzyma je w taki sposób, że ja miałam wrażenie, że za chwilę je pożre w jakimś tajemnym rytuale).



Oprócz tzw. parku archeologicznego w samym San Augustin wybrałam się na wycieczkę jeepem. Mimo, że po całym dniu jazdy polnymi drogami czułam się jakbym została poddana wirowaniu na wysokich obrotach, było warto. Odwiedziliśmy Alto de los Idolos, Isnos i Alto de las Piedras, inne stanowiska archeologiczne.

Region Huila jest też jednym z większych producentów paneli w Kolumbii. Dzięki temu wreszcie dowiedziałam się, jak powstają bloki tego dość surowego cukru trzcinowego.
Panela to bardzo ważny produkt, znaleźć go można w każdym domu. Najczęściej pije się ją w postaci aguapanela, czyli rozpuszczoną w wodzie. Można do niej wrzucić kawałki sera, podobnie jak do czekolady. Pita z dodatkiem np. imbiru i soku z limonki jest naszym odpowiednikiem mleka z miodem i cytryną i podobno leczy uciążliwe bogotańskie przeziębienia. Czasami, mówiąc o kimś w trudnej sytuacji finansowej, mówi się, że żywi się aguapanela i chlebem.
Ja z aguapanela trochę się śmieję, bo jak tu pić wodę z cukrem? ale na pewno jest bogatsza z minerały niż nasz rafinowany cukier buraczany. Lubię używać paneli do ciast, co jest nieco uciążliwe, bo bloki paneli są twarde i żeby ukruszyć kawałek, używamy toporka do mięsa. Robiłam też marmoladę z guajawy z panelą, pycha.
Ostatnio poznałam też inną odmianę paneli, nie tak mocno skrystalizowaną i jeszcze ciemniejszą, dużo bardziej miękką. Kolumbijczycy lubią sobie taką panelę pojeść z serem.

Ale w pobliżu San Augustin podejrzałam produkcję twardych bloków paneli. Cały proces jest bardzo prosty i wydaje się bardzo naturalny. Po wyciśnięciu sok z trzciny gotuje się w kotłach, przelewa do schłodzenia w korytku i ładuje w formy. Wszystko to trwa nie dłużej niż 2 godziny, co mnie zaskoczyło. Wołki obracające kierat, o których opowiadała Natalii i mnie Erika, zastąpiły silniki spalinowe. Smugi ciemnego dymu wskazują, gdzie właśnie robiona jest panela. Mali producenci mają stowarzyszenie, które w ich imieniu negocjuje ceny a także ustala, którzy producenci mogą robić panelę w danym tygodniu.
Produkcja paneli ze względu na bardzo rzemieślniczy charakter przypomniała mi widziane jakiś czas temu małe cegielnie. Mam wątpliwość co do przyjazności dla środowiska całego procesu, ale na pewno jest to źródło utrzymania wielu rodzin. No i panela była pyszna.


Po drodze mijaliśmy też punkt, w którym największa kolumbijska rzeka, Magdalena, zwęża swój nurt do 2,20 m.  To właśnie w górę Magdaleny ruszył parostatek z Florentino Atiza i Fermina Daza, bohaterami "Miłości w czasach zarazy". Źródło Magdaleny znajduje się kilka godzin jazdy od San Augustin.


 
Atrakcją był też drugi pod względem wysokości wodospad w Ameryce Południowej, niestety widzieliśmy go z dość odległego punktu widokowego.
A poza tym fantastyczne krajobrazy, zbocza górskie pokryte uprawami kawy, czasami tak strome, że trudno sobie wyobrazić zbiory dojrzałych owoców, plantacje trzciny, chmary motyli, plantacje lulo, jednego z dziwniejszych, kwaskowatych owoców kolumbijskich, wykorzystywanego głównie na soki.


Ostatniego dnia wizyty w San Augustin poszłam jeszcze do osady La Estrelita, gdzie polecono mi poznać Donię Leopoldę. Dlaczego, nie wiedziałam, ale poszłam i  nie żałowałam. Dona Leopolda, malutka, dziarska staruszka, podjęła nas śniadaniem w swojej chatce, jej mąż pokazał nam ogródek przydomowy (zamiast pietruszki i marchewki plantanowce, drzewka pomarańczowe, juka, feijoa), i posłuchaliśmy opowieści o pewnym znajomym, lekarzu, G., który po studiach i obowiązkowym stażu wiejskim zamieszkał u pani Leopoldy i leczył okolicznych mieszkańców, również ziołami.



G. to niesamowita osoba, prowadzi obecnie praktykę lekarską pod Bogotą i jest szefem stowarzyszenia zajmującego się medycyną tradycyjną, grupy ludzi zafascynowanych roślinami leczniczymi. Ich rozmowy obracają się często wokół tego, jaka roślina najskuteczniej oczyszcza organizm (poprzez biegunkę i wymioty). G. opowiadał, jak to tuż po wypiciu wywaru z werweny został wezwany do pacjenta, i mimo że dom pacjenta znajdował się niedaleko domu Donii Leopoldy, badanie chorego musiało poczekać. G. dłuższą chwilę spędził pod płotem wstrząsany potężnymi wymiotami. Ku jego zaskoczeniu, ten sam dom znaleźliśmy na jednym ze zdjęć zrobionych przeze mnie podczas spaceru.
Sama nie wiem, czy w naszej medycynie tradycyjnej oczyszczanie ma jakieś znaczenie. Na pewno w klimacie tropikalnym, gdzie częste są choroby spowodowane przez pasożyty, jest bardzo potrzebne.

A wieczorem zapakowałam się w autobus do Pitalito, by wczesnym rankiem ruszyć stamtąd do Florencii w departamencie Caqueta, gdzie miałam spędzić 5 dni.
Mój plecak był cięższy o kilogram paneli i parę gumiaków marki Venus, podobno ulubionej przez guerilleros, bo są wygodne i dość wysokie. Sprawdziły się doskonale przy przechodzeniu przez strumienie, ale o tym następnym razem.