uczę już trzy tygodnie i zarobiłam mój pierwszy milion.
stękam na zajęciach, rysuję kulawe rysunki (M., przyjedź pouczyć mnie flipczartów), stroję miny, wydaję dźwięki, wszystko po to, żeby mnie zrozumieli. Staram się nie używać hiszpańskiego, co przy chodzi mi o tyle łatwiej, że jak wchodzę niemiecki, to baranieję i zapominam czasem prostych słów. Uczniowie bystrzy, jakoś idzie.
Co chwila szukam też wyjaśnień różnych zjawisk gramatycznych dla hiszpańskojęzycznych, i nawet udaje mi się celownik i biernik wytłumaczyć za pomocą porównania do hiszpańskiego dopełnienia bliższego i dalszego, którego sama do końca nie rozumiem, ale na studentów działa.
Przerabiam też dialogi szpitalne i choroby, część moich uczniów to lekarze. "Moi" lekarze pracują bardzo ciężko. Podziwiam ich determinację, bo mamy mało czasu na realizację materiału, i muszę pędzić.
Razem ze studentami kombinujemy, jak powiedzieć po niemiecku bomba-kartofel (tak nazywają się chałupnicze pociski rzucane przez protestujących w Bogocie). Zastanawiamy się, czy szesnastoletni absolwent liceum może pójść na studia w Niemczech (tutaj wcześnie się kończy szkołę średnią).
Pośrednio, omawiając kolejne rozdziały z podręcznika, wychwytuję kulturowe różnice. Przy online-dating (takie mamy tematy!) rady formułowane przez studentów to: przed spotkaniem w rzeczywistości trzeba najpierw porozmawiać przez telefon, a spotkać się należy w miejscu publicznym. (znów na plan pierwszy wysuwa się bezpieczeństwo). Żaden z moich studentów nie był nigdy na portalu randkowym, sympatie poznają przez znajomych. Opisując historię znajomości studentka mówi, że stali się oficjalnie parą w grudniu, a w Wielki Tydzień przedstawiła chłopaka rodzicom.
Szkoła ogólnie jest fajna, bardzo po niemiecku gemuetlich, ze zdjęciami lektorów na mapie ściennej, kubkami z naszymi imionami, płynem do mycia naczyń zamiast wszechobecnej pasty, pisankami na Wielkanoc, szufladami pełnymi materiałów do kopiowania i używania. Jest wszystko, co trzeba - komputery, odtwarzacze dźwięku, projektory. Jest ekologicznie - drukujemy dwustronnie a flamastry do tablic można uzupełniać tuszem.
W ogródku jest ogródek z kiełbaskami i preclami, a w kawiarni drewniane stoły. W korytarzu uszy masakruje muzyka niemiecka, a recepcjonistami są Franz i Hans. Wielu lektorów mieszkających w pobliżu przyjeżdża do pracy rowerami, też bym chciała, ale mieszkam zdecydowanie za daleko, dojazd autobusem zajmuje mi 50 min.