pięknie pada, okno załzawione i szaro. W sam raz, żeby siedzieć w domu i cieszyć się herbatą liściastą, którą nie tak łatwo kupić w Bogocie.
Robię sobie przerwę od podręczników do niemieckiego, w tym tygodniu zaczynam nowe kursy i ćwiczenia śnią mi się po nocach. Na przemian z dziwnymi snami o hodowaniu zwierzęcia (to była jakaś mroczna świnia) w bloku w Lublinie. W workach z paszą, zagadkowo podobnych do torebek z herbatą w wersji king size, trzymanych w piwnicy, zalęgła się ropucha, trochę się jej bałam.
Wczoraj niespiesznie szwendałam się po pięknej okolicy zwanej Palermo, zabudowanej domkami w stylu angielskim, pełnej zieleni i niedzielnego spokoju. Bogota czasami wyciąga takie asy z rękawa, miła oaza w mieście betonu, tłoku, apartamentowców i ogrodzonych osiedli. Podobnie jak w Warszawie, strach przez rabusiami zaowocował budowaniem płotów.
Ale nie Bogocie dzisiaj będzie, tylko bardziej o życiu.
Coraz bardziej podoba mi się dość luźny styl życia nauczyciela. Nie przeszkadzają mi lekcje o dziwnych porach, czy okienka pomiędzy. Kiedy mam okienko, próżnuję sobie po prostu, albo przygotowuję lekcje na zapas. A w Bogocie miło się próżnuje nad kubeczkiem kawy.
Zmiana pracy zaskutkowała także ograniczeniem ilości potrzebnej mi garderoby. Buty na obcasie kurzą się w szafie, spódnice wiszą smętnie w szafie, kolorowe rajstopy wiją się bezużytecznie w szufladzie. Biegam w trampkach i dżinsach, i wreszcie nie czuję się przebrana. Przywiezionych z Polski ubrań starczy mi jeszcze na jakiś czas, więc odpada konieczność chodzenia na zakupy. Brak pór roku ogranicza również potrzeby. Kolumbijczycy mają również styl ubierania nieco inny od europejskiego. Dramatycznych różnic wprawdzie nie ma, nawet zresztą nie potrafię ich jednoznacznie określić. Wystarczy to jednak, żebym nie czuła pokusy dostosowania się do otoczenia przez ubranie. I właściwie to nawet czekam, aż niektóre rzeczy zużyją się na tyle, że będę mogła się ich pozbyć. Wtedy będę miała jeszcze mniej i będzie mi jeszcze wygodniej.
Nie maluję się, choć może powinnam zużyć kolorowe kosmetyki, zanim się przeterminują. Jedynym wyjątkiem jest lakier do paznokci. Tutejsze kosmetyki też mnie zresztą nie przekonują, więc ograniczam zakupy do niezbędnych.
Książki są drogie, więc nie kupuję. Płyt nie mam ochoty gromadzić. W ogóle mocno zastanawiam się nad każdym nowym zakupem - bo ile par kolczyków potrzebuję?
To już drugi rok takiego minimalizmu i bardzo mi z nim dobrze. Kiedy byłam zimą w Polsce, zaskoczyła mnie ilość posiadanych przeze mnie rzeczy. Książek, płyt, ubrań. Nie mówiąc o wyposażeniu kuchni i tak dalej. Dotychczasowe życie spakowane w kartony i torby.
A teraz przekonuję się, że można żyć z dużo mniejszą ilością rzeczy.
Może już tak mi zostanie? Byłoby super.