"Są miasta, w których pachnie kiszoną kapustą. Nie pomoże na to żaden barok." (Joseph Roth, "Reise durch Galizien", tł. Małgorzata Koronkiewicz)
Są też miasta, w których ulice skrzą się od potłuczonych butelek. Czy pomoże na to literatura?
Festiwal Puls Literatury, „Przeczytane w tłumaczeniu”
-
Ja też tak miałam, tęskniłam do domu, to było dla mnie najpiękniejsze
miejsce na świecie, Pudliszki! - krzyczy kobieta w arafatce,
zawiązanej na włosach jak jedwabna apaszka gwiazdy ekranu. Do
tej chwili mamrotała nieskładnie pod nosem Teraz jednak mówi
całkiem à propos, kiedy tłumacz czyta fragment przekładu prozy Yusufa Yeşilöza,
w którym bohater daje wyraz swojej tęsknocie za miasteczkiem
rodzinnym.
Wręczenie nagród. Moją uwagę przykuwa literat.
Nieodprasowana marynarka, krzywo zapięta. Speszone dłonie nie mogą
znaleźć właściwej dziurki, kiedy stoi na podium przed publicznością. Pod
ma szyją niezgrabnie zawiązany fular.
Tramwaj w kierunku dworca.
- Kolego gdzie jest Widzew?
- Tu jest Widzew.
- Tutaj?
- No raczej.
- Widzew?
- No raczej.
- A dworzec?
- Tu jest stadion (skinięcie głową w prawo) a tam dworzec (skinięcie głową w prosto).
- Dzięki, kolego.
Potem następuje wymiana równoważników i zdań na temat klubów piłkarskich, przerywana przekleństwami, a może na odwrót.
Na
dworcu nagły sentyment skłania mnie do kupna bułki z kotletem schabowym
i sałatą. Podaje mi ją kruczoczarna (Londa, Wella czy Joanna?) sprzedawczyni. Oczy ma tak precyzyjnie obwiedzione czarną kreską, że nawet nie zauważam, jaki mają kolor.
Szukając pretekstu do rozmowy, pytam, czy kotlet dzisiejszy. Pani zna tę grę:
- Kotlet świeżutki, proszę pani, to już nie te czasy, kiedy można było tygodniowe sprzedawać.
Pociąg.
Wracam nasycona.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz