wtorek, 6 maja 2014

codzienność


znów tydzień za mną. Tydzień bardzo dobry, sporo popływałam, potańczyłam, byłam też na długiej wędrówce w górach.
Przyjechało znów sporo fajnych ludzi, chętnych do pracy, tak, że do grafiku musieliśmy dodać sobotę.
Zareklamowałam Pocalanę wolontariuszom i część z nich chodzi albo na zajęcia z dziećmi, albo na nocne spotkania z bezdomnymi.

W środę w Instytucie okazało się, że zamiast lekcji jest impreza (niestety nie przygotowałam się, bo nikt mnie o tym nie uprzedził) z okazji Dnia Dziecka - i w sumie się ucieszyłam, bo potańczyłam i porozmawiałam trochę z dzieciakami, a na ogół wpadam do Instytutu jak po ogień - robimy lekcje, trochę gadam z nauczycielami i dyrekcją o bieżących sprawach, i lecę do domu, czyli na ogół do pracy. Dzieciaki szalały też na karaoke. Jak zwykle się wzruszyłam, słuchając Johana - tym razem śpiewał "No le pegues a la negra", jedną z najpopularniejszych kolumbijskich sals, opowiadających o niedoli niewolników przywożonych na wybrzeże karaibskie i buncie przeciwko nieludzkiemu traktowaniu.
Poza tym Rachel, fantastyczna wolontariuszka, zorganizowała zbiórkę pieniędzy na huśtawki dla dzieciaków - stare były już tak zużyte, że po prostu niebezpieczne. W ciągu 4 dni zebrała 500 dolarów i mam nadzieję, że huśtawki staną w tym tygodniu na placu zabaw.

W piątek poszliśmy też z wolontariuszami na wizytę do więzienia, gdzie wracamy do odwiedzania więźniów - cudzoziemców, którzy odbywają wyroki z dala od rodzin. Spotkałam tam m.in. Polaka, Słowaka i Rosjanina. Historia Polaka była dość smutna, od dziesięciu lat mieszka w Ameryce Południowej, z czego 6 spędził w więzieniu w Wenezueli. Teraz zaczął odbywać pięcioletni wyrok za kradzież w Bogocie. Ma żonę Kolumbijkę i trzyletnią córeczkę, więc on akurat samotny nie jest. Chyba mało miał kontaktu z Polakami, bo miesza już mocno polski z hiszpańskim.
Ciekawa jestem, czy nasze odwiedziny w więzieniu coś z którymkolwiek z osadzonych zmienią - w każdym razie ufam kapelanowi, który nas tam zaprosił. Jego zdaniem nawet mała zmiana u jednego człowieka warta jest zachodu. A na pewno pozostawienie więźniów samym sobie nie zmieni nic - bo dnie spędzają na paleniu trawy lub wciąganiu kokainy i oglądaniu telewizji. Tylko niektórzy pracują w warsztacie stolarskim.

Kolejny raz uświadamiam sobie, że miałam sporo szczęścia w życiu, że wpojono mi podstawowe wartości. To taka busola, dzięki której to ja odwiedzam, a nie jestem odwiedzana w więzieniu. Wartości to zresztą hasło, z którym stykam się na każdym kroku - wszystkie instytucje oświatowe podkreślają, że ich rola nie ogranicza się do nauczania, ale istotne jest także wychowanie przez wartości.

Poza tym walczę z cieknącymi kranami, sedesami, niesprawnymi piecykami gazowymi, niedziałającym telefonem albo internetem - jakaś kumulacja ostatnio. Co najgorsze, od dwóch dni nie mamy ciepłej wody, piecyk zepsuł się w niedzielę - akurat kiedy wracaliśmy zmordowani z gór, ośmioro wolontariuszy i ja :-)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz